Artykuł ten wyszedł spod mojego pióra, jak wszystkie inne zresztą. Ale nie na tym polega sekret felietonu. Po pierwsze sylwetka znanego francuskiego projektanta, jest dla mnie wzorem do naśladowania i mam zamiar się tym podzielić. Po drugie stylistyka jak i przekaz słów zostały utrzymane w nieco patetycznym i podniosłym nastroju. Tak postanowiłem. Nie będą to zwierzenia dziennikarza, ale przemyślenia i chęć podzielenia się ważnymi informacjami. Zacznijmy więc...


Mimo, że od śmierci Yves Saint Laurenta minął już prawie rok, to zawsze będzie on moim mistrzem. Godnym uwagi i poświęcenia kolejnego artykułu projektantem mody. 

Tworząc pokazy „gotowe do noszenia” jak i La Haute Couture Yves był zawsze o jeden krok dalej od innych stylistów. Wyprzedzał trendy oraz wymyślał nowe fasony. 
Raz na sto lat rodzą się tacy geniusze jak on. Niestety, mało informacji z życia prywatnego Laurenta ujrzało światło dzienne. Dlaczego? Ponieważ jako osoba skryta i ceniąca prywatność, nie lubił eksponować swoich emocji oraz dzielić się z innymi wnioskami. 

Taki już był. Indywidualista doskonały, perfekcjonista, pracoholik, oddany ideom i wierny partner życiowy. Wiele przymiotników o zabarwieniu pozytywnym mógłbym tutaj przytoczyć, co się tyczy omawianej sylwetki. Ale czy warto? Wystarczy spojrzeć na dokonania, na rangę i uznanie zdobyte wśród klientek, które pragnęły być ubrane w sukni projektu YSL. Jak już się przywiązał do współpracowników to był z nimi przez kilkanaście lat. A oni, kreowali świat i wdrążali w obieg co Monsieur Yves szkicował na białych kartkach papieru. 

Nie jest łatwo w świecie, gdzie rynek mody okazuje się być przesycony nowymi twarzami, wyjść na prowadzenie, a w późniejszej konsekwencji okazać się liderem. Na sukces należy zapracować. W przypadku Laurenta, uznanie i satysfakcja przyszły szybko. Po kilku znaczących stażach w firmach kaletniczych i atelier krawieckich, został dyrektorem generalnym Diora, Rive Gauche, a następnie odważył się otworzyć własny zakład i stworzyć markę rozpoznawalną na całym świecie. 
Udało mu się zdobyć znacznie więcej. Zyskał stałą klientelę, którą cenił, a ona pozwalała na dalsze kontakty z zamożnymi klientami.

Co się tyczy życia i prywatnej sfery, to projektant lubił regenerować siły w zaciszu. Często, w towarzystwie partnera Pierra Berge oraz psa Moujika, wyjeżdżał na długie wycieczki do Marrakeszu, miejsca urodzenia. Tam w skąpanym słońcu mieście miał azyl i tam czuł, że jest sobą. 

Po pewnym czasie nadeszły problemy. Pogorszenie stanu zdrowia fizycznego (alkohol, otyłość) i psychicznego (choroba depresyjna). Ucieczka? Było to rozwiązanie, ale gdzie? Skoro widać twoje zdjęcie w każdym magazynie, a firma potrzebuje nowych projektów, by uruchomić linię produkcyjną. Nie masz wyjścia jak tylko podporządkować się panującym regułom i przyjąć życie takim jakim jest. Na dłuższą metę okazało się to nie do zniesienia. Rak mózgu siał spustoszenie. Nie było już ratunku. Nie było też lekarstwa. Nadeszła śmierć.

Smutek i żal, że tak krótko odszedł to cios dla wszystkich. 

Co mnie zdziwiło, to fakt, że po jego odejściu z tego świata, prasa oszalała. Na cześć i chwałę projektanta powstawały programy telewizyjne, artykuły, wywiady z rodziną itd.
Ale czemu nie doceniliśmy tej osoby wcześniej? Jak jeszcze cieszyła się wyśmienitym zdrowiem. To jest pytanie, na które nie padnie odpowiedź z mojej strony, a którą wy macie w sercu....