Jimmy Choo, Christian Louboutin, Manolo Blahnik… 

Wielbicielki serialu „Sex and ten city” z pewnością znają każde z tych nazwisk. I widząc biegającą po Nowym Jorku Carrie Bradshaw w niesamowicie wysokich szpilkach, czuje zazdrość. Ja czuję!

Buty, które z każdego stroju uczynią niepowtarzalną kreację. Buty, które sprawią, że stopa będzie smukła, a noga niezwykle zgrabna. 
Zarówno modele tradycyjne, klasyczne, jak i te zupełnie szalone, zrodzone z genialnej fantazji projektantów- wszystkie zawierają owe magiczne „coś”. Cos, co sprawia, że chcemy je nosić. Mało tego, coś, co sprawia, że wydajemy na nie kosmiczne sumy. Zapełniamy gigantyczne szafy pudełkami, a nocami marzymy o pudełku z magicznym napisem twórcy…

Pamiętacie scenę z pełnometrażowej wersji „Sex and the city”…? Tą, w której Mr. Big obiecuje zbudować większą szafę, z, uwaga, uwaga, specjalną, sporą przestrzenią na buty?

Mało praktyczne, niewygodne? Jasne! Ale jakie efektowne…

Historia butów na wysokich obcasach rozpoczyna się tak naprawdę, ze sporym rozmachem w XX wieku. Wprowadził je do świata mody Salvatore Ferragamo. Jego projekty pokochały takie sławy jak Marilyn Monroe, czy Sophia Loren. Jego małe dzieła sztuki- w które przemieniał buty dzięki swej nieokiełznanej wyobraźni i ogromnemu talentowi- zostały docenione przez świat luksusu. Do dziś jego marka święci triumfy, a firmę prowadzi już trzecie pokolenie twórców, cały czas z tym samym nazwiskiem.

Szpilki Ferragamo to lata 50. XX stulecia. Kolejne dekady to stale poszerzające się grono miłośniczek wysokich butów. Kolejne filmy, w których najjaśniejsze gwiazdy Hollywood noszą dumnie, raz wyższe, raz niższe- zależnie od obowiązujących trendów- obcasy.

Sarah Jessica Parker wraz ze sztandarowym serialem współczesnych kobiet, uczyniła z butów symbol. Wolności, sukcesu, wyzwolonej kobiecości.