Zastanawiam się, która z nas nie pragnie pięknej białej sukni z ogromną ilością koronek i falbanek. Lub przeciwnie, prostej, z  wyraźnie zaznaczoną talią. Gdzieś w przeszłości, gdzieś w pomiędzy wczesnym, a schyłkowym etapem dzieciństwa pojawia się wizja zachwycającej kobiety (w tej roli my- rzecz jasna) w zachwycającej sukni.
Byłam i, tak, nadal trochę jestem, przekonana, że nie jest mi to potrzebne, że nie porusza mnie w żaden sposób cały ten szum wokół ślubnej sukni. Że pokazy Very Wang nie robią na mnie wrażenia. Że ja tak nie chcę. I nie chcę. Ale…
No właśnie. Jest coś, co sprawia, że każda z nas choć przez chwilę chciała być jedyną. Najpiękniejszą i najważniejszą. A co tam! Taki dzień należy się każdemu. Niekoniecznie dzień ślubu. Ale dzień wyjątkowości.
A z wyjątkowością suknie sygnowane nazwiskiem Wang z pewnością się kojarzą. No i jak tu nie ulec prawdziwej sztuce wyrażonej idealną linią, perfekcyjnym krojem i zapierającymi dech zdobieniami…?