Nie można szufladkować ich pomysłów, ponieważ dwa razy w roku Viktor & Rolf zadziwiają nas na nowo.
Krytycy nie pozostawiają na nich suchej nitki, a oni nie robią sobie z tego większego problemu. 
W 2000 roku projektanci pokazali na światło dzienne autorską linię prêt-à-porter „Tapdance”.

Zawsze oryginalni, zawsze razem. Jeśli mówimy o początku ich kariery, należy przypomnieć, że obaj spotkali się na studiach w belgijskiej Arnhem Academy od Art.
Po wielu sukcesach i porażkach nie stracili woli walki. 
Szokując publiczność duet jest gotowy na olbrzymie poświęcenia.
Dokonując „krytycznej analizy mody” V&R nie poddają się panującym trendom. 
Czy stoją w bezruchu? Otóż nie. Ciągle ulepszają markę, a to, że kolor fioletowy jest modny drugi sezon nie obchodzi ich zbyt mocno. Nie używają tego kolory, bo pozostali projektanci tak robią. Mają własną wizję ubrań i zmieniają świat na swoją podobiznę. 

Założyli również „czarną księgę” sukien, których nie mogą założyć, ani kupić: Pamela Anderson, Pink, Britney Spears itp.

Na pokazach modelki defilują z należytą gracją. Ale nie jak u Balenciagi, Diora czy u Missoni. Dziewczyny są aktorkami, prawdziwymi kameleonami, które gotowe są do szybkiej transformacji.
Nie mówię tu o szyderczym uśmiechu lub sposobie chodzenia. Podczas pokazu modelka ma zadanie przyciągnąć wzrok publiczności, zaprzyjaźnić się z nią oraz zaprowadzenie nas w inny świat.
U V&R każdy może wybrać jeden z wielu modnych fasonów. 
Projektują jednocześnie dla mężczyzn jak i kobiet.
Często dwaj młodzi Holendrzy bawią się garderobą. 
Wrodzona skromność i wyuczony surrealizm gwarantują czołowe miejsce w gronie największych kreatorów XXI wieku.