Komu nie leciała ślinka, kiedy czytał u Mickiewicza i Żeromskiego wielostronicowe opisy śniadań przechodzących płynnie w drugie śniadania przeciągające się do wczesnego popołudnia, kiedy nadchodziła pora obiadowa? Sycących obiadów połączonych ze słodkimi podwieczorkami bogatymi przepychem domowych ciast spowitych aromatem najlepszych kaw? Wreszcie ciągnących się w noc, zastawionych wiejskimi wędlinami, pasztetami, pieczeniami bardziej lub mniej wymyślnych kolacji suto zakrapianych winem, nalewkami, pitnym miodem lub najlepszymi wódkami? Komu nie leciała ślinka, niech pierwszy leci do Kucharzy.
U Kucharzu jemy jak u kucharzy – w kuchni. Pomiędzy stolikami ustawiona jest restauracyjna kuchnia obwieszona rondlami, patelniami i innymi kuchennymi narzędziami. Ale nie tylko to stanowi o wyjątkowości lokalu gastronomicznego I klasy U Kucharzy (Warszawa, ul. Ossolińskich).
Do stolików podjeżdżają kucharczykowie, przyrządzający wyśmienite przystawki. Najlepszy program kulinarny na żywo – krok po kroku przygotowywany skrobany befsztyk tatarski – wyśmienity! Wśród przystawek są i śledzie i zimne nóżki, bliny i móżdżek po polsku.
Towarzystwo zamówiło doskonałe wina południowoafrykańskie i hiszpańskie, które wraz z przystawkowym show, uprzyjemniały nam oczekiwanie na dania główne.
Serwowane prosto z rondla zupa borowikowa i pomidorowa mogą się jedynie równać z najlepszymi zupami domowymi. Grzybowa klarowna i rozkosznie delikatna, a pomidorowa w żywym kolorze cynobru, aksamitna, delikatnie doprawiona gęstą śmietaną. Obie z przyrządzonym na miejscu makaronem.
Drugie dania zrobiły jeszcze większe wrażenie niż zupy. Szczęśliwcy, którzy wybrali królika w białym, winno-śmietanowym sosie w towarzystwie klusek kładzionych i marchewki z imbirem licytowali się z zachwyconymi amatorami wieprzowiny zajadającymi się dopiero co wyjętym z pieca schabem. Schab zapieczony był z kawałkami bekonu, które radośnie chrupały w trakcie jedzenia. Przykrywała go gęsta i lśniąca warstwa winnego, czerwonego sosu, a miejsce na talerzu obok schabu znalazły jeszcze ziemniaki z patelni, kilka ziemniaczanych kluseczek warszawskich i przepyszny, delikatny (i też winny) bigos. Wyśmienicie przyrządzone bitki wołowe z pyzami po warszawsku konkurowały z zapiekanym pod śmietanową pierzynką sandaczem. Nikomu przez myśl nie przeszło jakiekolwiek narzekanie. Zachwytom nie było końca, a wszyscy biesiadnicy zgodnie uznali remis w konkurencji na najlepsze danie.
Przeglądając kartę popełniliśmy okrutny błąd – nikt bowiem nie zdecydował się na dziczyznę. Przy kolejnej okazji trzeba więc koniecznie spróbować.
Desery podjechały na drewnianym wózeczku: sernik krakowski, torcik czekoladowy, drożdżowe ze śliwką, florentynki, ciasto cytrynowe. Pyszne! Kelner doniósł jeszcze doskonałe kawy i tak dopełniła się ta cudowna podróż kulinarna. Popadając w egzaltację, napisać można, że była to podróż do źródeł smaku. No, w końcu jedliśmy w kuchni.
U Kucharzy

Ul. Ossolińskich

www.strykowski.net