Włatcy Móch zostali symbolem polskiej popkultury. Są ulubioną kreskówką nastolatek, ale też kultową produkcją pokolenia lat 70tych i 80tych. To ludzie po 30tce zakochali się w największym stopniu w perypetiach Czesia, Anusiaka, Konieczki oraz Maślany. Ci niegrzeczni ośmiolatkowie tworzą jedyny w swoim rodzaju hardcorowy klimat. W końcu w której słodziutkiej bajeczcce znajdziemy bohatera żyjącego na cmentarzu i na dodatek lubiącego religijne pieśni pogrzebowe. Chociaż to postacie w pełni autorskie, możemy odnaleźć w nich pewne podobieństwa związane z twórczością Rene Gościnnego i słynnym Mikołajkiem. Zarówno Mikołajek jak i Czesio ze swoimi kumplami rozrabiają i mają rozmaite dziwne pomysły. Stopień abstrakcji jest we Włatcach Móch dużo większy, pozostają jednak pewne analogie dotyczące założeń. Bohaterowie mają jak najwięcej rozrabiać i pakować się w kłopoty. Z tą różnicą, że Czesio wraz z kumplami jest polski i prześmiewa naszą polską szarą rzeczywistość. I chociaż Włatcy Móch są animacją iście mistrzowską, z genialnymi dialogami, to jednak nie wprowadzają niczego nowego… Można powiedzieć, że są swego rodzaju kopią South Parku, czy też Beavis i Butt-Head, z tą różnicą, że wyrastają z polskiego kontekstu kulturowego. Nie tylko prześmiewają się z wydarzeń współczesnej polityki, ale również komentują gwiazdy oraz wydarzenia popkultury. O ich wielkiej popularności świadczą liczne gadżety, które coraz częściej pojawiają się w sklepach i które znikają w bardzo szybkim tempie. Miejmy nadzieję, że Czesio wraz ze swoją ferajną będzie w dalszym ciągu na topie i że nie skomercjalizują się zby szybko, tracąc oryginalność i charakter. Z kolei Mikołajek jest grzeczniejszą wersją Czesia, który choć nas rozśmiesza to jednak brakuje mu pewnego życiowego wigoru, którym emanuje młodociany Zombie z Włatców Móch.