W ostatnim czasie rynek motoryzacyjny charakteryzuje się trzema cechami. Po pierwsze, wszystko co ciekawe, oficjalną premierę będzie miało za dwa tygodnie w Genewie. Po drugie, rynek zalewany jest przez wszelkiej maści SUVy i crossovery. Po trzecie, wszystko co się rusza, musi mieć diody LED. Oh, Toyoto, zapomniałaś do odświeżonego modelu RAV-4 zainstalować lampy diodowe! W pierwsze dwie cechy rynku Japoński koncern wkomponował się idealnie.

Toyota postanowiła odświeżyć produkowaną od 2006 ostatnią generacje swojego SUVa i zaprezentować go oczywiście w Genewie. Większość koncernów, jakiś czas przed prezentacją, publikuje zdjęcia nowych modeli, by zachęcić odwiedzających salon do zwidzenia ich stoiska. Japończycy stwierdzili, że jedno zdjęcie nowego RAV-4 wystarczy, więc nie rozpieszczają fanów marki setkami zdjęć, animacji i filmików. Ot, azjatycka skromność. 

Toyota w znacznym stopniu zmieniła przód auta. Zmieniono kształt lamp (jak wspominałem, bez diod LED, spora sensacja jak na 2010 rok) oraz dolnych reflektorów przeciwmgłowych. Zwiększono ilość poprzecznych aluminiowych pasków na grillu, dzięki czemu przednia cześć auta zyskała nieco więcej agresywności. Również zmodyfikowany zderzak sprawia dobre wrażenie. Nie zmieniono standardowo montowanych felg, a tylną część auta nie sposób ocenić, bo Japończycy nie zdecydowali się, by pokazać ją już teraz.

Według zapowiedzi, wewnątrz i pod maską nie należy spodziewać większych zmian. Montowane w odświeżonej RAV-4 jednostki będą miały te same pojemności i moce, co w poprzedniku, ale maja charakteryzować się niższym spalaniem. Toyota rozważa wprowadzenie napędu hybrydowego, ale jak do tej pory, nie podzieliła się z mediami konkretnymi informacjami. 

Trzeba przyznać, że Toyocie udał się facelifting modelu RAV-4. Auto wygląda lepiej niż poprzednik i być może, na jakiś czas, nieco odciągnie uwagę klientów od poważnych usterek technicznych, nękających od jakiegoś czasu Japońską markę. Pozostaje życzyć Toyocie, by ich najnowsze auto pozbawione było takich wad