Zespół uzależnienia od Internetu towarzyszy rozwojowi sieci od samego początku jej istnienia. Wraz z pierwszą generacją internautów narodziły się nowe, nieznane wcześniej typy uzależnień, takie jak socjomania internetowa czy uzależnienie od cyberseksu. Ale wtedy jeszcze chyba nikt nie spodziewał się, że siecioholizm stanie się problemem przybierającym tak poważne rozmiary, jak w ciągu kilku ostatnich lat. Prawdziwe zmiany nastąpiły wraz z rozwojem Sieci 2.0, wszechobecnych portali społecznościowych i aplikacji mobilnych tworzonych dla użytkowników smartfonów.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Szybko okazało się, że aby być na topie, trzeba mieć dobrze prowadzony fanpage na Facebooku, różowy traktor na Farmville i rzesze followersów na Twitterze. Dziś fala internetowego szaleństwa w social media może nieco opadła, ale trudno nie zgodzić się z faktem, że do świata sprzed ekspansji Facebooka naprawdę nie da się już wrócić. Można oczywiście całkowicie zaprzestać korzystania z Internetu, ale wtedy trzeba się liczyć z konsekwencjami cyfrowego wykluczenia. Przykład? Bez dobrze przygotowanego i na bieżąco aktualizowanego profilu w serwisie skupiającym ludzi zainteresowanych rozwojem swojej kariery zawodowej, takim jak np. LinkedIn, po prostu trudniej znaleźć sobie lepszą pracę. Zakładamy więc na nich konta, czy się nam to podoba, czy nie.

Czas na refleksję

Po kilku latach nadmiernego surfowania po sieci, tworzenia kolejnych profilów w social media i mnożenia awatarów w grach sieciowych, spora część internautów zaczyna coraz bardziej zdawać sobie sprawę z tego, że zbyt intensywne życie w świecie wirtualnym ma bezpośredni wpływ na niepowodzenia i frustracje przeżywane w świecie rzeczywistym. Najlepszym sposobem na pozbycie się tych problemów wydaje się być w takiej sytuacji odłączenie od sieci. I tu okazuje się, że to nie takie proste. Jeszcze pod koniec lat 90. niektórzy psychologowie ostrzegali, że od Internetu uzależnia się do 20 procent jego użytkowników.

Przestraszeni wszechwładzą Internetu, jego użytkownicy coraz częściej szukają sposobu na zdroworozsądkowe korzystanie z sieci. Świadczą o tym licznie publikowane on-line (bo jakżeby inaczej?) teksty na temat zagrożeń siecioholizmu, sposobów na walkę z nałogiem oraz efektywnego wykorzystywania możliwości, jakie dają technologie IT bez popadania w uzależnienie. Natomiast edukacją dzieci i rodziców zajmują się w tym zakresie (a przynajmniej powinny) szkoły oraz organizacje takie jak np. Fundacja Dzieci Niczyje.

Jak wyciągnąć wtyczkę?

Na początku warto pamiętać o tym, że nie musimy popadać w przesadę. Walka z siecioholizmem tylko w najbardziej zaawansowanych przypadkach polega na czasowym całkowitym odcięciu od sieci. Ale warto wiedzieć, że takie metody również są stosowane i odnoszą sukcesy – sięgają po nie często terapeuci w ośrodkach zajmujących się leczeniem uzależnień. Statystycznie jednak znacznie więcej jest osób o lżejszym stopniu uzależnienia od sieci, którym wystarczy zwiększenie kontroli nad czasem spędzanym przed komputerem oraz ograniczenie zbędnej aktywności. Wtedy można zacząć korzystać z nowych technologii w bardziej racjonalny sposób, a konta na LinkedIn czy w bankowości internetowej likwidować nie trzeba.

Specjaliści zwracają szczególną uwagę na sposób, w jaki korzystamy z Internetu. Czy zdarza nam się wsiąkać w wirtualny świat tak bardzo, że zapominamy o rzeczywistości? Czy często przekraczamy czas, jaki wyznaczamy sobie na surfowanie po sieci? Czy szukamy w Internecie ucieczki od codziennych problemów? A może próbujemy sobie za pomocą sztucznych, internetowych osobowości jakieś niepowodzenia wynagrodzić? Jeżeli tak, najwyższy czas poszukać pomocy u terapeuty, psychologa, albo przynajmniej przyznać się do nałogu przed samym sobą i zacząć nad tym pracować.

Według innego jeszcze kryterium o tym, że powinniśmy się niepokoić najlepiej świadczy przewaga czasu spędzanego w Internecie na aktywnościach niezwiązanych z pracą lub nauką nad działaniami wynikającymi z naszych obowiązków. Innymi słowy, nie ma nic złego w wielogodzinnej pracy przy pomocy Internetu, jeżeli wynika ona z naszych zawodowych zobowiązań. Ale już trwonienie czasu i energii na przyjemności, które stopniowo przeradzają się w obowiązek (jak np. długotrwała rywalizacja w sieciowych grach przeglądarkowych) może szybko doprowadzić do nałogu. I właśnie z tak pojmowanej internetowej aktywności lepiej zrezygnować, lub przynajmniej znacząco ją ograniczyć.

Nałogi nie są modne

W każdym miejscu publicznym natkniemy się w dzisiejszych czasach na osobę, która za pomocą laptopa, tabletu lub smartfona surfuje właśnie w sieci. Im zjawisko to staje się bardziej powszechne, tym więcej zwolenników znajdują także akcje i hasła typu: „Odłącz się!”. Czasami siecią jesteśmy po prostu zmęczeni – dopóki bez problemu potrafimy od niej odpocząć off-line, dopóty nie musimy przejmować się o nasz ewentualny siecioholowy nałóg.  

Źródło: http://www.profesjonalne-pozycjonowanie.pl/