Hollywood opętała nowa moda. I tym razem nie ma ona nic wspólnego z wybiegami! W Kalifornii rozpanoszył się nowy trend w dbaniu o smukłą sylwetkę – pływanie synchroniczne. Choć często kojarzymy go z elegancją i wytwornością filmów z Esther Williams z lat 40. i 50., zdecydowanie nie jest to sport dla mięczaków. Ta nieco zapomniana dyscyplina zdaje się obecnie przeżywać swoją drugą młodość, zyskując coraz większą popularność wśród amerykańskich gwiazd i celebrytów.

Pokazy pływania synchronicznego trafiły na amerykańskie salony i od czasu do czasu uświetniają wszelkiego rodzaju spotkania i uroczystości. Jakiś czas temu były jedną z atrakcji urodzin samego Justina Timberlake’a. Niektórzy byli pod takim wrażeniem, że postanowili poczuć trudy uprawiania tej dyscypliny na własnej skórze.

Rosnąca popularność treningów w basenie to częściowo zasługa Kate Moss, która podobno od niedawna ćwiczy systematycznie i tym samym skutecznie poprawia jędrność swojego ciała. W jej ślady od razu poszło mnóstwo innych kobiet - zajęcia przyciągają panie w różnym wieku i z różnych środowisk.

Każdy trening trwa 75 minut. Rozpoczyna się ćwiczeniami rozciągającymi i rozgrzewką złożoną z 4 długości basenu. Nie obejdziemy się bez czepka, zatyczek do nosa i wygodnych okularków.

Następnie zaczyna się praca nad układem, który w efekcie końcowym ma stać się recitalem prezentowanym przed rodzinami i przyjaciółmi trenujących. Instruktorka rozbija układ na poszczególne sekwencje i dokładnie pokazuje wszystkie ruchy. Powinny być płynne i eleganckie, ale na początku w większości przypadków przypominają desperacką walkę o utrzymanie się na powierzchni. Niemniej jednak każde zajęcia wymagają od uczestników ogromnego wysiłku i pozwalają spalić mnóstwo kalorii. Woda pomaga się zrelaksować, zadbać o jędrność skóry i poprawić elastyczność całego ciała. A do tego to podobno całkiem niezła zabawa!

Autor: Marta Kowalczyk