W Nowym Jorku zadebiutowała nowa wersja samochodu Infiniti QX56. Popularny ze względu na swoje gabaryty i dużą moc SUV został odmłodzony, a jego moc została zwiększona o 80 koni mechanicznych.

Infiniti, marka samochodów luksusowych należąca do Nissana, na rynku amerykańskim rywalizuje z Lexusem. Przedstawiony model to typowo „amerykańskie auto”. 5.3 metra długości oraz szerokość i wysokość wynoszące około dwóch metrów, w połączeniu z aż 400-konnym, ośmiocylindrowym silnikiem o pojemności 5.6 litra czynią z QX56 typowego krążownika szos. Auto otrzyma napęd na tylną lub na obie osie, które będą musiały poradzić sobie z maksymalnym momentem obrotowym, wynoszącym 550 niutonometrów.

Nie chciałbym obrażać niczyich gustów motoryzacyjnych, ale tak, jak znaczna część popularnych w stanach aut, QX56 jest po prostu brzydkie. Karoseria wygląda jakby została zabrana z Kii Soul (przy okazji, okropne auto) i rozciągnięta tak, by pasowała do ogromnej płyty podwoziowej. Przy masywnym grillu maleńkie, wąskie światła prezentują się tak, jakby chciały w ogóle zniknąć z przedniej części pojazdu, a drzwi i cała linia boczna pozbawione jakichkolwiek przetłoczeń czy załamań są nudniejsze i brzydsze od stodoły z wiejskiego skansenu. Po tylnej klapie także nie należy spodziewać się fantazji i żywiołowości. No cóż, Ameryka to nie Europa, a że QX56 odbiorców będzie szukał głownie za oceanem, powinien być jak najbardziej kwadratowy i nudny. Spośród prezentowanych w ostatnich latach aut, tylko wspomniana Kia Soul w równym stopniu przypomina torbę na żarcie z McDonaldsa. Może stąd ten sukces w USA?

Wnętrze, jak można się spodziewać, jest ogromne. Nawet ludzie żyjący tak jak główny bohater filmy „Super size me” zmieszczą się w fotelach QX56. A foteli jest aż 7. Poza przestronnością, wnętrze emanuje nudą i prostotą. To także cecha dominująca w autach, które odbiorów szukają w USA. Nie ma co się spodziewać europejskich smaczków, uroczych detali czy zaskakujących rozwiązań. W Infiniti wystarczy że kubek z colą nie będzie wypadał z uchwytu, a tapicerka nie zniszczy się, gdy upadną na nie tłuste frytki.

Mogę się tak produkować jeszcze godzinę, narzekając na stereotypowych mieszkańców USA i na ich proste, z pozoru nudne samochody. Z pozoru, bo siedząc w torbie na BicMaca, mieszczącej 7 osób i milion kubków z colą, Pan Jones z NY może rozkoszować się dźwiękiem silnika V8. Wszyscy śmiejemy się z amerykańskich aut, bo w Europie mało kto jeździ autem z V8 pod maską. Dlatego też, musimy odwracać swoją uwagę od silnika, montując sobie w autach extra audio, wyświetlacze czy ruchome spojlery. Amerykanie tego nie potrzebują, bo oni mają to, czego my im zazdrościmy- piękny mruczący bulgot megapaliwożernego silnika. Każdy chciały czymś takim pojeździć, nawet kosztem bólu kręgosłupa, wynikającego z niewygodnego, amerykańskiego fotelu. A co gorsza, znajdźmy w Europie takie auto za ledwie 57 tyś dolarów. Jak im nie zazdrościć?