O tym, że moda lubi igrać z płcią wiadomo nie od dziś. Mieliśmy już kobiety noszące ubrania zarezerwowane dla mężczyzn. Były też takie, które nie mogliśmy od mężczyzn odróżnić przez ich androgeniczną budowę. Na dokładkę pojawia się jeszcze mężczyzna, mogący uchodzić za całkiem niezłą dziewczynę. Pod warunkiem, że nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać, co ma między nogami.

Andrej Pejic stał się częścią nowego trendu w modzie, w którym płeć schodzi na dalszy plan. Należy do niewielu androgenicznych modeli okupujących wysokie miejsca w rankingach dla... kobiet. Niejednokrotnie okazuje się lepiej ubrany od koleżanek po fachu, mimo że nosi identyczne zestawy (np. kontrowersyjna reklama Gaultiera). Być może jest to zasługa długich blond włosów, delikatnej urody i wydatnych ust, a może dowód na to, że wystarczy jedynie opanować pewne kobiece zachowania i sposób poruszania się, by zmylić resztę.

Dla przykładu, transseksualna modelka – Lea T., która dzięki przyjaźni z dyrektorem kreatywnym Givenchy stała się sławna na całym świecie, w rzeczywistości nazywa się Leonardo. Jej pocałunek z Kate Moss, zdobiący okładkę magazynu LOVE wywołał nie lada oburzenie w wielu środowiskach, ale tak naprawdę dał początek ważnej publicznej debacie.

Zaczęto stawiać pytania: jak czują się kobiety, które przegrywają w starciu z mężczyzną mającym je zastąpić? Czy uniwersalny model mogący dostosować się do płci to przyszłość, czy zagrożenie dla modelingu? Przypomnijmy, że Andrej był pierwszym mężczyzną w historii pokazów mody, który zaprezentował suknię ślubną. Ciekawe czym zaskoczy nas następnym razem.

Autor: Graphite