Nie ma wątpliwości, że granica między publikowaną treścią a wymogami reklamodawców jest bardzo cienka. Coraz więcej znajdujemy artykułów sponsorowanych lub subtelnych, ukrytych reklam. Wszystko po to, by wydawcy mogli zwiększyć swoje dochody w prasie czy Internecie. Często nawet okładka przegrywa z celami komercyjnymi i znajdujemy na niej przede wszystkim promocję znanych marek, odkładając na bok wzniosłe idee i walory artystyczne.

Podczas gdy wiele innych magazynów lubi oszukiwać się, że podejmują decyzje niezależne od reklamodawców, to jeden z nich otwarcie mówi, że żyje z reklam i mają one ważne miejsce na jego łamach. 14 kwietnia, po raz pierwszy od 2013, powróci Blackbook, który bez problemów łączy świat słowa pisanego z potrzebami reklamodawców. Założyciel magazynu, Evanly Schindler, zaczął przygodę z Blackbook w 1996 roku, starając się przybliżyć czytelnikom spojrzenie na kulturę, zwłaszcza tę miejską i głównego nurtu. Swój magazyn Schindler sprzedał w 2006 biznesmenowi Ari Horowitzowi, który następnie przeniósł go do Vibe. Schindler nie zapomniał o swoim dziecku i odkupił Blackbook w 2013, który od wiosny 2015 będzie się ukazywał dwa razy do roku w wersji drukowanej.

Schindler zamierza utrzymać niepowtarzalną tożsamość i wysoki poziom Blackbook, jednocześnie tworząc przestrzeń dla treści reklamowych. W wiosennym numerze jednym ze sponsorów jest Hewlett-Packard, którego innowacyjność i i kreatywność pozwalają na wykorzystywanie nowych technologii w sztuce czy projektowaniu, dzięki czemu artyści mogą używać ich produktów, wznosząc się na inne, niezgłębione jeszcze poziomy.

Magazyn nie zapomniał także o tym, że przy zachowaniu wysokich walorów artystycznych, należy przekraczać granice i zmuszać swoich czytelników do myślenia i refleksji. Na dowód tego na okładce zagościł papież Franciszek w towarzystwie dwóch modelek, które udają narzeczone, biorące udział w ceremonii ślubnej osób tej samej płci. Być może taki wybór będzie nie do zaakceptowania dla religijnych fanatyków czy konserwatystów, ale dlaczegóż nie... Przecież można dyskutować na każdy temat, jeżeli tylko posiada się otwarty umysł i akceptuje integralność drugiej strony. Na pewno autorzy pomysłu zacierają ręce, ponieważ kontrowersyjna okładka zapewni spore zyski.