W swoim najnowszym filmie „Capitalism: A love story” reżyser Michael Moore, próbuje w prostych zdaniach niczym dla laików, zobrazować ekonomię Stanów Zjednoczonych, oraz wyjaśnić dlaczego właśnie teraz, szkodzi ona większości z nas.
Moore zaczynał od dokumentu „Roger&,Me” w 1989, a zarobił 100 milionów dolarów na głośnym filmie z 2004 roku „Farneheit 9/11” skupiającym się na białym Domu, Georgu Bushu i wydarzeniach z Września 2001 roku. Otrzymał Oscara za obraz z 2002 roku o kontroli broni „Bowling for Columbine”

Populistyczno liberalny Moore’a jak zawsze demonizuje i lekceważy ludzi z korporacji, którzy zapomnieli o swoich korzeniach, gnając w wyścigu szczurów. Moore tym razem odstawia mniej popisów niż w swoich wcześniejszych filmach, a nawet jeśli się z nim nie zgadzamy, możemy docenić pewne przedstawione informacje. 
Jak łatwo się spodziewać, Moore znowu wchodzi tam gdzie go być nie powinno, nabuzowany i z kamerą w tle. Tezą tego filmu jest iż „demokracja” jest antidotum, ale jej opis dotyczy pracowników kontrolujących własną firmę. Jednak firma wciąż, musi zarabiać pieniądze, i to jest kapitalizm w większości definicji.

Nawet jeśli uważasz, ze kapitalizm powinien pójść na złom, można przyznać, że istnieją nadużycia w systemie, które powinny być zatrzymane. Dokumentując je, Moore odwalił akurat kawał dobrej roboty. Na przykład dowiadujemy się, że w firmach ubezpieczeniowych są tzw. polisy „umarłych gołębi”, które korporacje ściągają po śmierci swoich pracowników! 
Film powinien zainspirować widzów, by pomyśleć, być bardziej sceptycznym i głośniej wyrażać opinie w sprawach rządu. Bez względu na przekonania. 
Moore nawiązując do tytułu i dowcipkuje: „To idealny film na randkę! Ma wszystko: zapomnienie, pasję, romans, i 14 tysiącu stanowisk pracy, usuwanych każdego dnia. To zakazana miłość, z imieniem, którego boisz się wymówić. Niech tam, powiedzmy: to kapitalizm!”
Film pojawi się w kinach 2 października