Mezoterapia bezigłowa to bestseller rynku kosmetycznego ostatnich miesięcy. Odkąd zaczęto o niej mówić, a stało się to stosunkowo niedawno, w ekstremalnie szybkim tempie na szyldach reklamujących te bardziej ekskluzywne salony kosmetyczne pojawiły się napisy promujące zabiegi mezoterapii bezigłowej. Można by niemal pomyśleć, że nie posiadanie urządzenia do mezoterapii bezigłowej staje się kosmetycznym faux pas.

Swoją popularność zabiegi te opierają o skuteczność, od dawna znanej w medycynie, metodzie polegającej na wstrzykiwaniu małych dawek substancji leczniczej bezpośrednio w chorobowo zmienione miejsca na ciele pacjenta. Spopularyzował ją w latach siedemdziesiątych, francuski lekarz M.Pistor nazywając ją mezoterapią i wykorzystując w dermatologii estetycznej. Można dzięki niej korygować zmarszczki, poprawiać kondycję włosów czy nawet zapobiegać powstawaniu cellulitu. Niestety metoda ta może być stosowana tylko w gabinetach lekarskich czy specjalistycznych gabinetach dermatologii estetycznej i jest bardzo bolesna.
Wykorzystując sławę i skuteczność tego typu mezoterapii, koncerny kosmetyczne wymyśliły urządzenie, które podobnie jak mezoterapia igłowa, wykorzystuję koktajle odżywcze zawierające mieszankę składników aktywnych mających zapobiec lub wyleczyć różne defekty skóry, w szczególności zmarszczki. Jest ona bezbolesna, bo nie stosuje igieł, dzięki czemu może być używana również przez kosmetyczki.

Urządzenie do mezoterapii bezigłowej kosztuje ok. 5 tyś zł i jak piszą o nim producenci służy do „transportowania substancji czynnych w głąb skóry za pomocą fal ultradźwiękowych oraz pola elektrycznego wykorzystującego zjawisko elektroporacji.”
Przy czym takie same właściwości mają od dawna istniejące i powszechnie wykorzystywane w kosmetyce urządzenia do ultradźwięków. Urządzenia te są jednak o połowę tańsze i też wiele salonów kosmetycznych stosuje ultradźwięki przy, mikrodermabrazji jako usługę już wliczoną w cenę.
Dlatego też nasuwa się pytanie czy mezoterapia bezigłowa, słusznie stała się hitem ostatnich miesięcy? Czy to po prostu kolejny przereklamowany patent na nabijanie dodatkowej kasy koncernom kosmetycznym, przy wykorzystaniu znanej technologii, nadając jej tylko chwytliwą nazwę…