Święta tuż tuż. Witryny sklepowe kuszą promocjami okraszonymi motywami kojarzącymi się z Bożym Narodzeniem. Nie brak choinek, Mikołaja, reniferów i innych gadżetów, bo symbole te dawno już zostały skomercjalizowane i stały się właśnie gadżetami. Właściwie to dziwne, że Boże Narodzenie dopiero za kilka dni, bo przyglądając się wystrojowi sklepów można odnieść wrażenie, że święta trwają już przynajmniej od połowy listopada.

W obliczu tylu zakupowych możliwości trudno nie zgłupieć. Tym bardziej, że święta kojarzą się już bardziej z prezentami, niż narodzinami Jezusa i czasem wyciszenia oraz odpoczynku w gronie najbliższych. Hipermarkety pękają w szwach, ustawiają się kolejki za karpiem, reklamy nie pozwalają zapomnieć, że czas pożegnać się z zawartością naszych portfeli.
Nie martwmy się brakiem finansów. Banki jak co roku wychodzą ze świąteczną ofertą dla klientów. W myśl zasady „zastaw się, a postaw się” mamy więc do wyboru szeroki wachlarz pożyczek i ułatwiony dostęp do szybkich pieniędzy. Polecam chwilę refleksji, bowiem większość firm swoje standardowe oferty przystraja jedynie w świąteczne opakowanie. Zwykły marketingowy chwyt, jakich wiele. Ciekawe czy spowolnienie gospodarcze okaże się pomocne w studzeniu zapędów do kupowania „promocyjnych” produktów po „okazyjnych” cenach.

Co roku przeprowadzane są badania rynkowe dotyczące planowanych świątecznych wydatków. W roku ubiegłym kwota ta oscylowała wokół 258 aż do 487 zł, na same prezenty. Doliczmy także produkty żywnościowe, nota bene, drożejące w tym okresie. Świadomy konsument planuje swój budżet na związane ze świętami wydatki, jednak większość spontanicznie rzuca się w wir zakupowych szaleństw. Ten owczy pęd to prosta droga do zaliczenia tzw. „świątecznej straty”, czyli The Deadweight Loss of Christmas. Tak określane są pieniądze wydane na nietrafione prezenty. Reasumując – ty tracisz pieniądze, obdarowywany zaś powiększa swą kolekcje tzw. durnostojek o kolejną pozycję.
Warto poświęcić kilka chwil na przemyślenie wydatków i większe skupienie na człowieku, niż produkcie, bo przecież już za parę dni powiemy sobie znów: „Święta, święta i po świętach”...