Zabłocie. Stamtąd trafić na wystawę „The Human Body” to żadna filozofia. Właściwie to można dotrzeć na nią z każdego niedostępnego kątka krakowskiego, bowiem plakaty są wszędzie. Swoiste anatomiczne króliki, za którymi z łatwością podążasz, będąc nową ciekawską siebie Alicją w krainie odkamuflowanych czarów.

Nawet Warhol nie miał tylu plakatów, kiedy inni robili mu wystawę, no a Andy to był ktoś. Poza tym Fabryka – idealne miejsce dla wystawy – enigmatycznego laboratorium, w którym jest mnóstwo zakazanych, bąblujących cieczy z nieznanymi do tej pory strzępkami prosto z naszego ciała. Jest coś nieodgadnionego w tych terenach, sam budynek wystawy, fioletowy zresztą, całkiem nieźle wpisuje się w ten miejski egzystencjalizm innych budynków i budyneczków. Zwielokrotnienia ścian masywnych, obok różnych mniejszych, kominów, daszków, wszystko to zwarte i po cichu ze sobą kolaborujące. Trochę jak w ciele. Ciekawscy, o mocnych nerwach i elastycznym poczuciu estetyki wchodzą w kontrowersyjny świat czterech fioletowych ścian, w których zamknięta jest cisza.

Przy tej wystawie prace Kuzyszyna albo Klamana to zaledwie małe iskierki polskiej innowacyjności i oryginalności. No, ale mamy dobrych kilka lat później, no i nie w Polsce wyszedł ten pomysł. Zaczęło się od Czech. Dobrze, że trafiło do Polski, i tu wszystko, co było dotąd nieznane, zostało brutalnie odkryte. Każdy kawałek ruszający się czy pulsujący dotąd w ludzkim ciele – znieruchomiał, zastygł we własnej wypreparowanej bierności i we własnym pojemniku, pokazując ekshibicjonistycznie każde swoje włókienko, mięsień czy kosteczkę. To kiedyś żyło. Było czynne i działało, tak jak działa gdzieś w środku każdego człowieka. Jest coś pięknego i wzruszającego w tym uzewnętrznieniu. W tej skomplikowanej mieszaninie w nas. Rozczulające w swej brzydocie idealnej, która działa pomimo naszych nawyków, która działa pomimo wszystko.

Poruszając się wśród cichych fioletowych ścian i między pojemniczkami z wytworami anatomicznymi, odkrywasz zagadkę. Zanurzasz się w tej cieczy, zanurzasz się jakby w siebie. Wiesz i czujesz, że coś bez skazy pompuje ci krew, ale teraz masz to przed sobą. Namacalny dowód kwintesencji twojej fizyczności. Cieniutką siateczkę małego płucnego drzewka albo okropnie brzydką pofałdowaną korę, dzięki której jesteś kreatywny, piszesz lewą ręką i odczuwasz piękno. Niewielkie w swych rozmiarach wielofunkcyjne, naturalne cudo, które może pomieścić nieskończoność ludzkiej wyobraźni.

Po takiej bezceremonialnej wystawie zdecydowanie jesteś świadomy siebie w tym mięsisto - krwistym wydaniu, dumny z ogromnym podziwem nad swoim światem wewnętrznym, w którym może nawet gdzieś przez chwilę rodzi się poczucie odpowiedzialności za nie i krótkotrwały, acz labilny, bo a-wykonalny plan, by zacząć o nie dbać.

Żyjemy w czasach, w których jednak wszystko zostało już nazwane, wszelkie tajemnice odkopane, nienazwane dotąd nazwane. Ale taka wystawa ma dobry cel. To jedna z tych, która trafia, lokuje się w pamięci i świadomości. Poza tym jest naturalną (to bardzo adekwatne słowo) odskocznią w tych czasach mocno estetycznych, skupionych na blichtrze. Odskocznią ku czemuś pierwotnemu, ku swoistym fundamentom, ku pięknu prawdziwemu. Ku naszemu wnętrzu. To obowiązkowy, zwizualizowany poprzez nietypowe eksponaty najistotniejszy kawałek wiedzy, którą trzeba posiąść.

Na koniec oczywiście księga pamiątkowa, z której, oprócz żartownisia (choć może był jednak poważny) pytającego się: „gdzie były oczy”, wylewa się prawie 100% zadowolenia.

Autor: A.S.