Boimy się historii jak ognia, boimy się, że nas znudzi. Dlatego nie wróżę najnowszemu polskiemu dziełu wiekopomnej chwały, a przynajmniej nie sukcesu kasowego.  „Generał Nil” opowiada historię zapomnianej legendy polskiego podziemia oraz ofiary władzy sowieckiej, generała Augusta „Nila” Fieldorfa.
W porównaniu do „Katynia”, jest to film całkiem niezły. Ryszard Bugajski, reżyser, konsekwentnie wprowadzał swoją wizję pokazania „człowieczeństwa” ludzi znanych nam z kart historii. I tak generał (którego gra Olgierd Łukaszewicz) tańczy z żoną, bawi się z wnuczką, jednocześnie doznając dramatu zetknięcia się z codziennością Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Bugajski przesadził jednak i rodzinne aspekty życia Fieldorfa są przeraźliwie wręcz nudne. Starano się zabarwić ten obraz domieszką kina akcji, jednak i na tym polu twórcy odnieśli porażkę. Młody widz przyzwyczajony jest do wyższych, hollywoodzkich standardów w tej kwestii.
Reasumując, warto? Owszem warto, film skłania nas do refleksji. Jeśli ktoś uzurpuje sobie miano „inteligentnego”, tudzież obeznanego z kulturą powinien ten obraz zobaczyć. Choćby pro forma.
Na koniec zostawię kwestię znacznie ciekawszą. Film nie wywołuje w nas fali patriotycznego uniesienia. Jedynie doznajemy przypływu negatywnych uczuć do sowietów. Przypomnę, że jest to drugi z rzędu tak głośny polski film (po „Katyniu) prezentujący postawy antyradzieckie. Pytam, więc po co? Szerzmy patriotyzm, a nie stereotypy i nienawiść