Długo nie oglądałam żadnych seriali. Nie bawiło mnie to zupełnie, nie widziałam w tym nic przyjemnego. A potem znienacka… zaczęło się. Najpierw ciepłe Gilmore Girls, potem ukryta mądrość i uniwersalny przekaz Sex and the city. A poźniej- lawinowo: głównie te wesołe, wzbudzające radość, pogodne. Im więcej sezonów, tym lepiej.

Przywiązujemy się do bohaterów, ich życie jest na ogół zwyczajniejsze niż to, przedstawiane w wielkich produkcjach filmowych. I postacie- stworzone po to, byśmy mieli do nich bliżej- by łatwiej było się z nimi identyfikować.
Odnajdujemy zwykłe, codzienne sytuacje. Mądrych ludzi. Głupich. Mądrych, którzy czasem postępują głupio.

Moja miłość do długoterminowych tworów telewizyjnych nie obejmuje polskich produkcji. Siermiężne lub przeciwnie- kreujące bohaterów kompletnie odstających od naszych realiów.
Oglądając Sex and The City zdajemy sobie sprawę z tego, że nasza rzeczywistość znacznie odbiega od oglądanej. I filtrujemy to, co widzimy, odnajdując to, co międzynarodowe, ponad społeczne. 
Jasne, przyjemnie jest popatrzeć czasami na luksusowe życie w wielkim rezydencjach, kawior i szampan na śniadanie i mycie naczyń w sukience od Prady- jednak nikt nie stara nam się wmawiać, że tak wygląda Prawdziwe Życie. Możemy popatrzeć i spośród tego całego blichtru dostrzec coś normalnego, przyziemnego. I porównać zwykłych ludzi do finansowych elit. Każdy serial coś za sobą niesie. Nie zawsze jest to szalenie pożyteczne i specjalnie mądre. Właściwie rzadko takie bywa- ale grzebiąc nieco i dokopując się głębiej, wydobywamy z nich coś dobrego. Nawet jeśli to tylko chwilowa poprawa naszego nastroju.