Według sceptyków, dysgrafia to obok dysleksji kolejna wymówka od nauki. Rodzice przynoszą do szkoły zaświadczenie do dysgrafii dziecka, a dzięki temu ono nie musi się starać o staranność i czytelność pisma. Teraz nauczyciel nie może zasugerować, by uczeń pisał wyraźniej, trudzić się zaś musi z rozszyfrowaniem szeregu niezgrabnych znaków. Co jednak, jeśli mamy do czynienia z faktyczną chorobą? Przedrostek ‘dys-‘ jest bardzo popularny w dzisiejszych szkołach. Obok dysleksji, dysortografii i dysgrafii powoli zaczyna się mówić o dyskalkulii – chorobie polegającej na niezdolności do czytania i rozumienia ciągów liczb i wykonywania działań na nich. Dysgrafia to częściowa lub całkowita utrata zdolności do pisania, którą powodują minimalne uszczerbki w ośrodkowym układzie nerwowym lub zaburzenia funkcji wzrokowych i słuchowych. 
Objawia się nie tylko pismem nieestetycznym, ale i niezrozumiałym pod względem ortografii. Osoba chora zapisuje wyrazy w sposób zbliżony do fonetycznego, czyli podobnie do tego, co słyszy, a zatem dysgrafia w językach, w których słowo pisane różni się od mówionego np. w angielskim, chorzy na dysgrafię mają ogromne trudności z porozumiewaniem się za pomocą pisma. 
Dysgrafia to nie tylko pismo. To też problemy z budowaniem wypowiedzi werbalnych oraz czytaniem. 

Uczeń posiadający zaświadczenie o dysleksji czy dysgrafii ma obniżone wymagania w szkole, lecz zobowiązany jest do pracy we własnym zakresie nad tym, by zaburzenie nie było ciężarem w pracy, nauce, życiu. Warto pamiętać, że ni jest to usprawiedliwianie niekonsekwentnego i nagminnego popełniania błędów. Rodzice często krzywdzą swoje zdrowe dzieci, zapewniając im zaświadczenie o takiej chorobie, gdyż zamiast ułatwiać dziecku osiąganie wysokich wyników w nauce, obniżają poziom jego zdolności dają mu do zrozumienia, że nie ma coś za mniej starań niż inni, co niestety zaowocuje w życiu nieuczciwością i skłonnością do krętactwa