Styliści fryzur ogłosili koniec geometrii. Na (fryzjerskie) salony wracają loki, fale, a nawet ometkowane „kiczem” karbowania. Wszystkie różnią się od swoich prototypów z lat 60. czy epoki disco ilością użytego lakieru. Tym razem obowiązuje minimum. Stylizacja możliwie najbardziej w zgodzie z naturą.

Zadanie jest utrudnione. Pokręcić włosy lokówką, utrwalić mocną pianką i spryskać lakietem na sztywno to nie sztuka. Lekkie i zwiewne fale wymagają równie naturalnych metod.

Luźny warkocz – połóż się spać z wilgotnymi włosami luźno splecionymi w warkocz. Żeby fryzura nie była „oklapnięta” najpierw wetrzyj w pasma u nasady piankę zwiększającą objętość i podsusz je lekko na okrągłej szczotce. Efekt: łagodne fale.

Kilka drobnych warkoczy – najlepiej zapleć je przed spaniem, a rano po rozpuszczeniu nie czesz włosów, bo fryzura zamieni się w napuszone afro. Efekt: delikatne karbowanie bez wysuszania karbownicą.

Nawijanie na palec – lekko wilgotne pasma nawiń na palec i przypnij je spinką u nasady. Wysusz suszarką i wyjmij spinki. Efekt: mocno skręcone loki.

Kręcenie za pomocą wałków i lokówki jest oczywiście najpewniejsze, ale taka codzienna stylizacja może skończyć się tylko wizytą u fryzjera i obcięciem zniszczonych włosów