Uwielbiam maratony filmowe. I te organizowane w kinach (najlepiej w tych, jeszcze z minionego ustroju- pełne powoli zapominanego już klimatu i specyficznego nastroju), jak i te tylko ze znajomymi, z miską chipsów i dipem pod ręką. Czysta rozkosz. 

Ponieważ takich maratonów jest coraz więcej, myślę, że nie jestem w swoich odczuciach odosobniona. 

Formy są najrozmaitsze. Mogą to być maratony tematyczne ( na przykład westerny), maratony powiązane osobą aktora, czy miejscem powstania ( jakiś czas temu świetny cykl filmów kina wietnamskiego). 
Doskonałymi do tego typu przedsięwzięć są filmy składające się z kilku (im dłuższe, tym lepiej) części. A jest takich bardzo wiele. Poczynając od monumentalnej trylogii „Władcy Pierścieni” poprzez mrocznego „Ojca chrzestnego” do wszystkich filmów o Batmanie 
(łącznie, rzecz jasna, z ostatnim, rewelacyjnym i niedoścignionym „Mrocznym rycerzem”).

W ofertach możemy przebierać i wybrać coś, co będzie nam najbardziej odpowiadało, filmy, na których po kolejnej godzinie oglądania nie zaśniemy, nie poczujemy się znużeni. 
O brak opcji nie musimy się, całe szczęście martwić, gdyż zarówno kina, jak i telewizja decydują się coraz częściej na maratony filmowe (niszowe polskie filmy z czasów głębokiego socjalizmu na kanale Kino Polska, czy z zupełnie innej kategorii- dzień z brytyjskim komikiem- Ricky Gervais w BBC Entertainment). Wybór jest ogromny.