I to w fenomenalnym stylu. Podczas salonu w Genewie po raz pierwszy publicznie pokazano model 16C Galibier. Producenci zapowiadają że będzie to najbardziej ekskluzywny, najelegantszy oraz najmocniejszy czterodrzwiowy samochód, jaki widział świat.

Nie, nie, Bugatti nie rzuca słów na wiatr. Gdyby Trójca Przenajświętsza zstąpiła na ziemię, to jestem pewien, że na swoją limuzynę wybrałaby właśnie 16C. Siedząc w takiej limuzynie nawet rozliczanie grzeszników byłoby przyjemnością. Patrząc na Galibiera ciężko nie doszukiwać się skojarzeń z Veyronem. Już na pierwszy rzut oka widać, że w przedniej części auta pojawiły się grill, wloty powietrza czy światła, nawiązujące do 1001-konnego starszego brata. Ale nie można nowego Bugatti nazwać następcą Veyrona. Owszem, jego produkcja rozpocznie się dopiero po zakończeniu produkcji jednego z najszybszych obecnie aut na świecie, ale 16C to auto innej kategorii. Nie jest to dwuosobowe coupe, które ma szokować osiągami. Galbier ma szokować jakością, komfortem i elegancją. Nie będzie autem, którym Arabowie będą ścigać się na autostradach z Koenigssegami czy Spykerami. Co prawda, posiada gigantyczną moc, o której za chwilę, ale nie będzie nadawał się do ścigania z bardzo prostego powodu. Znacie inne czterodrzwiowe coupe-limuzyny (takie jak Porsche Panamera, czy Aston Martin Rapide), czy jakiekolwiek inne czterodrzwiowe auta, które osiągają prędkość 354 km/h? Mowa oczywiście o seryjnych autach. Nie znacie. A żaden właściciel zwykłego supercoupe nie wystartuje w wyścigu z nowym Bugatti, bo w razie porażki, skompromitowałby się zupełnie, przegrywając z czterodrzwiowym autem. Galibier będzie idealnie nadawał się do wożenia szejków, książąt czy prezesów największych korporacji. Inspiracją dla nowopowstałego modelu był produkowany w latach 1934-1940 model Type 57. Tak jak klasyk, Galibier ma dzieloną tylną szybę, która szybko skojarzyła mi się z autami z gangsterskich filmów z lat 60tych. Jeśli chodzi o tylną część auta, to największe wrażenie robi aż 8 końcówek układu wydechowego. Ustawione w dwóch szeregach po cztery, wyglądają jak mini katiusze które będą atakowały palbą dźwięków, ognia i spalin. Istne cudo. Wnętrze to hiperluksus. Wszystko pokryte skórą, drewnem i włóknami, których jakość zapewne przewyższa materiały, z których wykonano bursztynową komnatę. O ile z zewnątrz auto ma trochę drapieżnego charakteru, to wewnątrz zadbano przede wszystkim o to, by relaksując się czy to na tylnej kanapie, czy to za kierownicą, zapomnieć o całym świecie i samemu przesiąknąć kunsztem i pięknem Galibiera. Siedząc w tym aucie będziesz człowiekiem, który nie skrzywdziłby muchy. Nawet jeśli wsiadałeś do niego jako przywódca jakiegoś separatystycznego ugrupowania, walczącego o wolność Kraju Basków.

Bugatti nie podało zbyt wielu szczegółów technicznych ma temat swojego najmłodszego dziecka. Wiemy jedynie, że auto będzie napędzane przez podwójnie widlasty 16-cylindrowy silnik, o mocy aż 986 koni mechanicznych. Nie podano danych dotyczących przyspieszenia, momentu obrotowego, masy auta czy średniego spalania. Co ciekawe, nowe Bugatti będzie jeździło zarówno na benzynę, jak i na etanol. Moc będzie przekazywana na cztery koła, a by zatrzymać auto, do akcji wkroczą ceramiczno-węglowe hamulce. Karoseria jest wykonana z aluminium oraz kompozytów węglowych. 
Nie podano choć przybliżonej daty wprowadzenia Galibiera do produkcji. Najprawdopodobniej, nastanie to wtedy, gdy Veyron przestanie się sprzedawać. Na koniec, małe spostrzeżenie. Znacie Alfę Romeo 8C Competizione? Cudowne auto, jedno z najpiękniejszych w historii. Bugatti zbudowało model 16C. Czyli, będzie dwa razy lepszy? Ciężko powiedzieć, bo to nieco inne auta, a wynik zależałby od kryteriów, jakie wdzielibyśmy pod uwagę. Wiemy jedynie tyle, że Bugatti 16C Galibier będzie kosztował aż 7 razy więcej od wspomnianej Alfy. Jednak, 1.5 miliona dolarów za takie auto, to niewielki wydatek dla przeciętnego szejka. Nam, zwykłym ludziom, póki co zostają jedynie westchnięcia…