Przemierzam ulice polskich miast. Bynajmniej nie przesadzam, gdy używam liczby mnogiej – ‘swoim’ miastem mogę spokojnie nazwać co najmniej trzy większe skupiska ludzkie, z czego dwa naprawdę spore. Za zatem mam sporo okazji do obserwacji, której oddaję się to wnikliwiej, to mniej. 
Przemierzam ulice polskich miast, te kolorowe i te szarawe. Wpadają mi w oczy ciekawsze kreacje, ładne dodatki. Zachwycam się raz, drugi, trzeci… piąty… dwunasty… nagle z lekkim przestrachem zauważam, że kolejna moja reakcja to nie zachwyt, lecz déjà vu. Ileż można chwalić to samo?  

Na pierwszy rzut oka nie można mówić o nudzie w modzie codziennej Polaków. Jest bardzo kolorowo, często prowokacyjnie, elegancko, zadziornie, kiczowato, bez smaku, ze smakiem i smaczkiem. Czemu jednak po dłuższym spacerze i przyglądaniu się ludziom co raz mam wrażenie, że skądś ich znam? Po zastanowieniu dociera do mnie, że chociaż bije od nich kolor lub wzór, krój i szyk (zarówno pozytywnie jak i negatywnie), wszyscy mają aż nazbyt cech wspólnych. Wszyscy są przeraźliwie podobni. 

Jak to jest, że gdy kurtki ze sztucznej skóry stały się trendem, na ulicach zaroiło się od nich, lecz w efekcie każda zwolenniczka hitu wyglądała tak samo? Może to ma związek z niezrozumiałymi dla mnie przyzwyczajeniami. Odświeżamy szafę, dodajemy nowe elementy, ale wciąż wyglądamy podobnie, bo nadal będziemy coś nosić w sobie tylko podobny sposób – jasne, to oczywiste. Ale czemu tysiące niespokrewnionych, obojętnych sobie ludzi wygląda tak samo? To przecież niemożliwe, byśmy wszyscy mieli nawyk noszenia swetrów na jedno ramię, zakładania opaski na bakier i rysowania kresek na powiece pod kątem trzydziestu stopni, czyż nie? 

Jak to jest, że w obliczu kolejnych trendów przeciętny Kowalski boi się być kreatywny? Stąd mamy setki obcych sobie bliźniąt w identycznych kurtach, łudząco podobnych spodniach i jednakich butach, w które są wpuszczone nogawki. Łączymy kolory w ten sam sposób. Coś wygląda ładnie, ale nie ciekawi, gdy wygląda jak powielenie. Estetycznie, modnie, ale w pewnym punkcie już bez rewelacji. Im więcej chociażby i genialnego motywy, tym szybciej zaczyna irytować. Jak wiadomo, gdy coś staje się bardzo popularne, występować zaczyna w przeróżnych formach. Stąd mamy atakujące zewsząd coraz bardziej zmodyfikowane i ‘ulepszone’ kopie i imitacje. Przykłady? Paski z klamrami-znaczkami Chanel? Z daleka tak. Ale kosztują od dziesięciu złotych w podziemiach Dworca Centralnego. Lecz nie mowa tu o podróbkach, mowa o zrównaniu trendu do pandemii – bo już globalną chorobą są różne dodatki, kompozycje, ubrania, które chociaż spotykają się niejednokrotnie z niechęcią, są trendem! Są trendem wpisanym już głęboko w świadomość ludzką, często nieracjonalnie patrzącą na to, co estetyczne, ciekawe i stylowe – rozumiejąca na opak. Mamy białe kozaczki, pikowane bezrękawniki z futerkiem, dżinsy z dziesiątkami błyszczących koralików… to wszystko, co w połączeniu przyprawiłoby Donatellę Versace o nagłą zapaść. 

Co z tego, że kupujemy w uznanych na całym świecie domach mody, jeśli kupujemy to samo? Czy trend to faktycznie to, co noszą wszyscy czy to, co wygląda ciekawie, ale już tylko w zbliżonym stylu, nurcie, rytmie? Ulice uginają się od rurek w połączeniu z dłuższymi koszulkami, do tego snakery lub trampki. Różne wersje kolorystyczne, różne marki na logach i metkach, a jednak z trudem odróżniam ludzi. Nagle połowa nastolatków ma jeśli nie taką samą, to bardzo podobną fryzurę, niespodziewanie zaczynają uwielbiać motyw Hello Kitty czy Betty Boop. A najlepiej połączmy jedno i drugie. Jest modnie? Nie, jest co najmniej dziwacznie, ale przecież łączymy to, co modne, czyż nie? 

Nie mamy umiaru, nie pojmujemy trendów racjonalnie. Kopiujemy to, co przedstawia się nam za modne, aż w końcu emo czy boho to niemalże mundurki. Ludzie, nie kopiujmy! Bawmy się, przecież bogactwo ubrań i dodatków na rynku temu właśnie służy. Bo cóż przyjemnego z zaglądania całe życie komuś przez ramię… ramię odziane w taką samą bluzę?