Pod przykrywką umiejętności pielęgniarskich, w specjalne przygotowanym sierocińcu dla nowo narodzonych dzieci, w ciągu trzydziestu lat zamordowała ok. 400 niemowląt.

Amelia Dyer, w przeciwieństwie do swoich rówieśników gnębionych przez ubóstwo i nędzę, otrzymała odpowiednie wykształcenie, umiała czytać i pisać. Pomogło jej to w dalszej edukacji, dzięki której została pielęgniarką, a następnie położną. Tak wykwalifikowana osoba w ówczesnych czasach mogła pozwolić sobie na rozkręcenie lukratywnego biznesu, jakim była opieka nad niechcianymi dziećmi. Dyer przygarniała pod swój dach ciężarne, samotne kobiety, które czekały na rozwiązanie a następnie oddawały niemowlęta do adopcji płacąc za to od 50-ciu do 80-ciu funtów, co na ówczesne czasy było bardzo wysoką kwotą. Oczywiście musiała także wymyślić sposób na pozbywanie się niechcianego „nabytku”. Dyer sprawnie rozwiązała ten problem. Niedożywione, płaczące dzieci poiła laudanum, dzięki czemu mogła je szybko uciszyć. Najczęściej jednak dusiła swoje ofiary tasiemką, zawiązując ją wokół szyi, następnie owijała w szary papier i wrzucała do rzeki. 
Kilkakrotnie Dyer zaprzestawała swoich praktyk. Było to spowodowane przede wszystkim załamaniami nerwowymi i próby samobójczymi. Policja także interesowała się jej praktykami, kiedy to zaniepokojeni rodzice zaczęli zgłaszać tajemnicze zniknięcia dzieci z sierocińca. Jednym z takich dzieci była Helena Fry, której ciało wyłowiono z rzeki. Tego samego dnia wieczorem zaraz po odebraniu niemowlęcia ze stacji kolejowej, widziano Dyer z pakunkiem, dokładnie takim samym w jakim znaleziono dziecko. Wszelkie dodatkowe poszlaki wskazywały na winę położnej. Osadzona w wiezieniu w Londynie, została stracona przez powieszenie.

Nikt dokładnie nie wie, ile było ofiar seryjnej morderczyni, i pomimo że jej historia jest już bardzo odległa, do dziś intryguje i przeraża