Od dawna już było wiadomo, że Szwecja to swoiste (zaraz po Wyspach) zagłębie kapel z pod szyldu indie rocka. Stosowne sąsiedztwo mocno zobowiązuje do odpowiedniego stylu bycia. W ten oto sposób wąziutka Norwegia, także postanowiła swoje trzy grosze do nurtu dokooptować - jej głosem stał się Sondre Lerche i towarzysząca mu grupa Faces Down.

Niestety nie do końca mamy do czynienia z czystą, nieskazitelną interpretacją przywołanego stylu. Jednak ów muzyczny klimat został już objęty prawami autorskimi, które "na słowo”- niepisanie zostały przyznane Wielkiej Brytanii. W ten oto sposób prezentowany "Phantom Punch" wyrosło w głównej mierze na pomyśle Amerykanina, pracującego w UK - Tony’ego Hoffera, który w swoich producenckich szponach dzierżył już takie kapele jak: Phoenix, Supergrass, Marianne Faithful, czy The Kooks. I to tutaj słychać. Bądź, co bądź na krążku bezapelacyjnie prym wiedzie pop. Nie jest to pop z krwi i kości, ale tak, czy owak swoje płyta oberwała, stając się miejscami za słodka, za plastykowa. Z drugiej strony, z tej "pop-uroczości” muzycznej, album wyrywają sporadyczne, acz mocne wejścia zadziornego gitarowego przywalenia. Owa zabawa w "piękną i bestię” ma swoje przełożenie na tracklistę, i tak w: "Face The Blood” i "The Tape” mamy krztę grania z pazurem, "Say It All”, "She’s Fantastic”, bardziej popowo, a w takim "John, Let Me Go” z lekka zawiewa psychodelicznym powykręcaniem. Jak dla mnie mieszanka za bardzo wybuchowa. Trochę to wszystko nie trzyma się kupy. Taka jednak próba dogonienia wykreowanych już standardów "indie”, z nadzieją, że może uda się coś nowego.