Jedna z ambitniejszych wokalistek R’n’B zaznaczyła swoją obecność, ale to co po sobie zostawiła, nie napawa zachwytem.

Czarna dama, która dwa lata temu uraczyła nas koncertem w warszawskim Parku Sowińskiego, tym razem nie zaprezentowała niczego nadzwyczajnego. Mimo, że jej czwarty w karierze album stworzył zazwyczaj niezawodny zespół producencki na czele z Will.I.Amem, Lindą Perry, Scottem Storchem, Raphaelem Saadiqem, całość nie powala na kolana.

Na płycie zastosowano kilka znanych patentów, których pełno w co drugim kawałku R’n’B zza oceanu. Dopisali raperzy z NASem, mężem Kelis na czele. Też nic nowego. Ciekawsza jest za to balladowa końcówka z miłą dla ucha „Lil Star”.

Gdzieś zagubiła się ostrość i wyrazistość Kelis z początku kariery. Teraz wokalistka już tylko chwali się, akurat tu w singlowym „Bossy”, że była pierwszą kobietą, która na swojej debiutanckiej płycie krzyczała zamiast śpiewać. W tamtych tekstach wyrażała opinie o facetach tak dobitnie, że nabierały prawie feministycznego wydźwięku. Teraz podobno wydoroślała. Może i tak, ale zapomniała przy okazji co to jest hit. Przeboju na miarę „Trick Me” tutaj uświadczyć nie można. Od wokalistki porównywanej z Lauryn Hill i Erykah Badu oczekiwałem jednak czegoś więcej.