Danger Mouse naprawdę nazywa się Brian Burton i wychowywał się na przedmieściach Atlanty. To tam, w stolicy amerykańskiego rapu ze Wschodniego Wybrzeża, zakochał się w tej muzyce. Jednocześnie chłonął światowe trendy, a wtedy na czasie była Nirwana, mocną falą uderzał trip-hop z Bristolu. Burton przeniósł się najpierw do nowego Jorku, gdzie wydał nakładem małego labela dwie płyty, a potem do Londynu. Na Wyspach podpisał kontrakt z legendarną wytwórnią Mute po tym, jak zrobił wrażenie mash-upem Nasa z Portishead i kilkoma własnymi kompozycjami. To właśnie wtedy, w Londynie, Brian Burton przeistoczył się w Danger Mouse – przyjął ksywę od swojego ulubionego bohatera kreskówek z dzieciństwa.
Po powrocie do Nowego Jorku w 2003 roku, Danger zrealizował dwie płyty z tamtejszymi MCs, grywał też w nowojorskich klubach. I wtedy przyszedł moment sławy. W 2004 wyprodukował, złożył, stworzył w zasadzie odrębne dzieło. Którym zachwycił się muzyczny światek, a niektórym skoczył gul. Z „Białego Albumu” Beatlesów i „Czarnego Albumu” Jaya-Z, Danger Mouse zmash-upował „Grey Album”. Mash-up, czyli miks dwóch kawałków w jeden, dzięki czemu powstaje zupełnie nowy utwór. Gul skoczył głównie Jayowi-Z, a to dlatego, że Danger wykorzystał jego album bez zgody. Wraz z powstaniem tego albumu (dodajmy, że wydano około 5000 kopii, których nie sprzedawano) wybuchła dyskusja dotycząca tego, jak daleko można ingerować w czyjeś dzieło i na ile można sobie pozwolić bez zgody autora. Gdzie jest granica, za którą mamy do czynienia z plagiatem, a gdzie powstaje zupełnie nowa jakość.

Zobaczcie i posłuchajcie jaki smaczek wysmażył Danger Mouse na „szarym Albumie”
Dziś Danger Mouse to jedna druga duetu Gnarls Barkley, o który już pisaliśmy na łamach trendz, a także wzięty producent (ostatnio spod jego konsolety wyszedł album „Modern Guilt” Becka)