Autorem jednej z ciekawszych płyt bieżącego roku jest Ben - młody facet z Wielkiej Brytanii, obdarzony niesamowitym luzem wokalnym. Stwierdzić muszę, iż dawno żaden wokalista nie zainteresował mnie swoim głosem tak jak Westbeech. Facet śpiewa, jak gdyby, po raz niewiadomo który, robił to przy goleniu czy gotowaniu obiadu. Przy całej jego elastyczności i eklektyzmie, głos Anglika bardzo szybko wpada w ucho, przez co prawie każdy kawałek jawi się jako potencjalny hit. Głos to jednak nie wszystko. Debiut Bena jest muzyczną laurką dla wszystkich tych, którym marzy się nagrać proste, ale ciekawe ścieżki, nie zapominając o takich gatunkach jak folk, soul, hip hop, jazz czy funk. Przesłuchując płytę dochodzi się jednak do wniosku, że ciężko w sumie wyłapać którykolwiek z w/w gatunków. Prawdziwy „misz masz”, połączony wokalną ekwilibrystyką Bena.

Co do tematów poruszanych przez Anglika, to nietrudno zauważyć, iż przeważają wątki miłosne. Sam Ben mówi jednak – „Zawsze chciałem nagrywać muzykę, która będzie mnie bawić.” Patrząc na całość, rzeczywiście górują utwory o wydźwięku raczej pozytywnym. Westbeech, chcąc zapewne zachować równowagę, porusza również tematykę mniej optymistyczną (vide - „Taken Away From”), a wychodzi mu to równie dobrze.

Rewelacja! – jeżeli chodzi o “Welcome to the Best Years of your Life”, to właśnie takiego lakonicznego komentarza możecie spodziewać się ode mnie, zawsze i wszędzie.