DAVID BUCKINGHAM

David Buckingham z Los Angeles w Kalifornii to wschodząca gwiazda świata sztuki. W swojej pracy czerpie z pop artu, zwłaszcza jeśli chodzi o wykorzystanie koloru oraz cytatów – z filmów (Pulp Fiction, Jerry Maguire) i kultury popularnej (komik George Carlin jako bohater).

Buckingham wykorzystuje „znalezione” materiały i tworzy z nich nowe dzieła. Jego ulubione tworzywo to blacha, którą wycina z zepsutych samochodów, porzuconych znaków drogowych, starych beczek i rozklekotanych taczek, a następnie zamienia w wielkie rzeźby ścienne. Wcześniej pracował jako kierownik w agencji reklamowej, obecnie całkowicie poświęca się sztuce w swojej pracowni w LA. Marka Wrangler Blue Bell wybrała go na bohatera kolekcji jesień/zima 2011 ze względu na to, jak bawi się kolorami, na jego nowoczesne podejście do pop artu oraz surowe, wytrzymałe ubrania, które nosi.

„Nie jestem malarzem” – deklaruje. Buckingham nigdy nie zmienia koloru wyblakłych, zniszczonych kawałków metalu. A narzędzia, jakich używa, nie mają nic wspólnego z pędzlami czy farbą: to piły elektryczne i spawarki.

WBB: Zbierasz złom na pustyni, w miejscu, gdzie ukrywała się Rodzina Mansona. Opowiedz nam o ludziach, których tam spotykasz…

DB: Praktycznie każda podróż na pustynię przynosi jakieś dziwne doświadczenie, ponieważ spotyka się ludzi z marginesu amerykańskiego społeczeństwa, ludzi, którzy nie bez powodu żyją na uboczu. Nie chcą, żeby ktoś ich znalazł, a kiedy przypadkiem ich znajdujesz, nie są z tego powodu szczęśliwi.

Przy większości ludzi spotykanych przeze mnie na pustyni bohaterowie filmu „Deliverance”[Uwolnienie] wyglądają jak starożytni filozofowie. To szokujące i przerażające, jak bardzo niektóre miejsca, do których jeżdżę, różnią się od tego, co ludzie utożsamiają z Ameryką. Spotykam wszelkiego rodzaju świrów – narkomanów, wyznawców diabła, mężów znęcających się nad żonami, amatorów surwiwalu, pedofilów, izolacjonistów, pustelników. I staram się od nich wyciągnąć blachę.

Ci ludzie mieszkają w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc, zwykle pośród wraków samochodów. Wyszukuję ich i kupuję od nich złom. Uważają, że muszę mieć nierówno pod sufitem, żeby jechać taki kawał z Los Angeles po jakieś graty z ich podwórka. Ale to, co od nich kupuję, jest dla mnie na wagę złota, bo uwielbiam metal, a oni z kolei uwielbiają pieniądze – tak więc wszyscy na tym korzystają.

WBB: Jaka najdziwniejsza przygoda przytrafiła Ci się podczas zbierania materiałów?

DB: Może nie najdziwniejszą, ale najbardziej dramatyczną przygodę przeżyłem, kiedy jeden facet – jakiś chory psychicznie narkoman – zagroził mi pistoletem, bo myślał, że filmuję jego dom, podczas gdy ja zrobiłem tylko zdjęcie wejścia. Odjechałem, ale cztery czy pięć mil dalej dogonił mnie ciężarówką o wiele większą od mojej i zepchnął mój samochód na pobocze, grożąc przy tym pistoletem i wrzeszcząc.

Byłem pewny, że nas zastrzeli. Miał spojrzenie szaleńca – nigdy wcześniej u żadnego człowieka nie widziałem tak przekrwionych oczu. Udało nam się jakoś go uspokoić, ale niewiele brakowało. Teraz omijam tamto miejsce szerokim łukiem.

Kiedy już było po wszystkim, spojrzałem na Chucka, mojego przyjaciela, i zobaczyłem, że zsunął się na swoim siedzeniu, jak najniżej mógł, żeby uniknąć ewentualnych strzałów. Chyba miał nadzieję, że kadłub silnika go ochroni. Spojrzał na mnie i powiedział: „Stary, to naprawdę mogło się skończyć inaczej”.

Są tacy ludzie, którzy sprawiają, że dostajesz gęsiej skórki, nawet gdy widzisz ich z daleka – po prostu czujesz, że coś z nimi jest nie tak. Ale niestety, to zwykle właśnie oni mają metal, jakiego szukam, więc muszę z nimi rozmawiać.

WBB: A są jakieś dobre strony pustyni?

DB: Pewnie – piękno i samotność. Większość ludzi myśli, że pustynia to tylko jałowa ziemia, a wcale tak nie jest. Tam jest naprawdę pięknie. Zwłaszcza po wiosennych deszczach. Jak pojedziesz na pustynię Mojave wiosną, po kilku dniach deszczu, zobaczysz, jak kwitną polne kwiaty. To niesamowite, znaleźć się w miejscu, które normalnie przypomina krajobraz księżycowy, i zobaczyć tę eksplozję kolorów, ciągnącą się aż po horyzont, jak jakiś elektryczny dywan.

Lubię wyrwać się z Los Angeles. Jeżdżenie po nieznanych, zapomnianych terenach to ogromna frajda. Mam GPS i kompas i z ich pomocą wyszukuję nowe miejsca.

WBB: A kiedy już znajdziesz te kawałki blachy, to co z nimi robisz?

DB: Czasem nie są to tylko kawałki blachy, ale też duże konstrukcje, których nie da się pociąć na miejscu. Podróżuję ze sporą przyczepą, do której mogę załadować większe rzeczy. Staram się zabierać ze sobą jak najmniejsze elementy, ale czasem albo w ogóle nie da się ich pociąć na miejscu, albo nie da się ich pociąć tak, jak bym chciał. Ciągnę je więc do siebie i wyładowuję przed domem. Jestem trochę jak japoński wielorybnik. Oni holują wieloryba statkiem do brzegu i dopiero tam zdzierają z niego skórę. Ja też „zdzieram skórę” z samochodów, autobusów szkolnych, kosiarek rolniczych, ciężarówek, kombajnów, maszyn do zbierania ryżu, młockarni – potrzebna mi tylko ich metalowa karoseria.

Przywożę metal do pracowni, segreguję kolorami – czerwony, żółty, zielony, niebieski. W ten sposób powstaje katalog, z którego mogę wybierać, np. z wszystkimi odcieniami żółtego: szkolnego autobusu, traktora czy metalowej szafki. Większość artystów zaopatruje się w sklepach malarskich. Ja wsiadam do samochodu i jadę trzy godziny na północ, na pustynię Mojave. I wydaje mi się to o wiele ciekawsze. Połowa frajdy to wyszukiwanie materiałów.

WBB: Co najbardziej fascynuje Cię w kolorach?

DB: Szukam materiałów, które mają jakąś historię. Nie interesowałby mnie na przykład samochód taki jak mój – całkiem nowa, biała ciężarówka. Szukam rzeczy po przejściach, podniszczonych, mających blizny i zadrapania. Patynę. To coś, czego nie da się podrobić i co powstaje bardzo długo. Większość używanych przeze mnie metali przeleżała na zewnątrz 10, 20, 30, 40, a nawet 50 lat. Przeżyły deszcze, śniegi, burze piaskowe. Brały udział w stłuczkach. Były holowane. Porzucane. Niechciane, zapomniane, opuszczone. Takich rzeczy właśnie szukam.

Chodzi o to, że mogę im dać nowe życie. To niesamowite: ściągam ten złom z pustyni, przynoszę do pracowni, zamieniam w dzieło sztuki i potem ląduje on nagle w eleganckich, marmurowych wnętrzach w Hamptons. Super sprawa.

WBB: Wycinasz z metalu kształty liter i wykorzystujesz je w swoich rzeźbach – skąd wziął się pomysł na taką technikę?

DB: To nie tylko litery, ale przede wszystkim tekst. Przez 20 lat zawodowo pisałem teksty i nadal to robię, tyle że za pomocą dużego, palącego pióra. Zamiast komputera używam piły plazmowej i spawarki. Wychowałem się na słowach. Na zawsze pozostanę miłośnikiem języka i słowa zawsze będą częścią mojej twórczości.

WBB: Wolisz pracować w dwóch czy trzech wymiarach?

To zależy. Jeśli chodzi o prace z literami, to większość z nich jest dwuwymiarowa. Ale pistolety [rzeźby w kształcie pistoletów] są bardzo trójwymiarowe. Muszą takie być: wyobraź sobie wielki pistolet przecięty wzdłuż. Efekty dźwiękowe, które tworzę [w tekście] – wszystkie odgłosy, okrzyki, tego typu rzeczy – są trójwymiarowe. Kiedyś robiłem serię głów, stworzonych do oglądania ze wszystkich trzech stron – również w trójwymiarze. W sumie robię to, co akurat wpadnie mi do głowy. Stawiam się do pracy codziennie rano przez siedem dni w tygodniu... Co mnie dziś zaciekawi? Co jest zabawne? Co jest dziwne? Co jest fajne?

WBB: Z której swojej pracy jesteś najbardziej dumny?

DB: Z następnej. Ha!

WBB: A jaka będzie następna?

DB: Tego jeszcze nie wiem. Chociaż nie, właściwie to teraz chcę skonstruować japońską flagę wojenną. Kilka dni temu zacząłem. Będzie się składała tylko z czerwonej i białej blachy.

WBB: Skąd bierzesz pomysły?

DB: Nie wiem. I o to właśnie chodzi. Nie wiem, co będzie następne. Za każdym razem, kiedy wpadam na jakiś pomysł, a potem go realizuję, nagle pojawiają się kolejne. To tak jak z Hydrą – odetniesz jej jedną głowę, a na jej miejsce wyrasta sześć nowych. Kiedy kończę jeden pomysł, zaraz mam pięć następnych. To straszne. To jest jak choroba. Nie starcza mi czasu, żeby zrealizować wszystkie pomysły. Jestem jeden, pracuję sam – to nie ułatwia sprawy. Metal też nie jest wdzięcznym materiałem – stawia opór.

WBB: Czy praca z metalem to największe wyzwanie?

DB: To, co najbardziej kocham w swojej pracy, to rozwiązywanie problemów. Na przykład: jak, do cholery, zrobić pistolet [rzeźbę]? A mnie się udało znaleźć sposób. Najpierw tworzę każdy element osobno, a potem wszystko ze sobą łączę za pomocą spawarki. Wykonuję makietę każdego pistoletu, jak krawiec: 10–12 różnych elementów. Spust ma swoją makietę. Kurek ma makietę. Rękojeść ma makietę… Magazynek najpierw jest płaski, następnie zawijam go na prasie do gięcia blachy. Na końcu wszystko składam do kupy, mając nadzieję, że wyjdzie tak, jak chciałem.

Tworzę pistolety od sześciu czy siedmiu lat. Obecnie kosztują 12 000 dolarów i wszystkie się sprzedają. I wywołują przeróżne reakcje. Jedna osoba powie: „ten gość ma świra na punkcie broni”, a druga stwierdzi, że to najbardziej przejmujący pacyfistyczny manifest, z jakim się w życiu spotkała. Jeśli o mnie chodzi, wszystkie interpretacje są tak samo ważne. Nie mam świra na punkcie broni – to znaczy, sam żadnej nie posiadam. Po prostu dla mnie pistolet jest jednym z amerykańskich symboli. No i taka gotowa rzeźba wygląda naprawdę superfajnie.

WBB: Twoja praca to ciężki wysyłek fizyczny – jakie jest Twoje ubranie robocze?

DB: Kiedy zaczynałem, byłem naprawdę spłukany. Czasem znajdowałem jakąś bluzę, którą na przykład ktoś zostawił w parku. Jeśli przez kilka dni nikt po nią nie przychodził, brałem ją i nosiłem w pracowni, nawet jeśli była naprawdę paskudna. Po pewnym czasie jednak stwierdziłem, że coś nie gra – że źle się z tym czuję. Doszedłem do wniosku, że trzeba nosić ubrania, które się lubi – nawet w pracowni. Teraz mam nową zasadę: w pracowni noszę tylko takie ciuchy, w których wyszedłbym na ulicę.

WBB: O czym myślisz, oglądając Tony’ego Warda, który cię gra w kampanii Blue Bell jesień/zima 2011?

DB: Czy ja też mam taką fajną fryzurę? Wow. To ciekawe, móc obserwować jego poczynania z piłą plazmową. Ma do tego smykałkę, od razu załapał, o co chodzi. Widać, że nie boi się narzędzi. Sam też jest artystą. Powiedział mi, że już kiedyś ciął metal Błyskawicznie pojął, co i jak.

Niektórzy strasznie boją się ognia i iskier i uciekają na ich widok jak oparzeni. Ja ciągle jestem poharatany. W zeszłym roku instalowałem jedną z moich prac w biurze pewnego prawnika w Century City. Wyciągając ją z ciężarówki, rozciąłem sobie plecy, więc kiedy powiesiłem ją na ścianie, był na niej wielki krwawy odcisk mojej dłoni. Zabrałem się za wycieranie, ale prawnik mówi: „Nie! Nie! Zostaw, fajnie to wygląda!”. No to zostawiłem i mój krwawy ślad nadal tam jest – w samiutkim środku. Zwykle podpisuję swoje prace rylcem, ale większość z nich opłaciłem mniejszymi lub większymi skaleczeniami, więc w razie wątpliwości co do ich oryginalności wystarczy zrobić test DNA.