Współpraca sieciówek ze znanymi projektantami nie jest niczym nowym. Im gorętsze nazwisko, tym większy rozgłos kolaboracji. I tak jest też tym razem, gdy ukochany przez wszystkich fashionistów Phillip Lim ogłosił swoją współpracę z amerykańskim (a jakże !) Target. Długo oczekiwana kolekcja miała od początku swoich zwolenników, jak i przeciwników, a rezultat – wysokie oczekiwania.  A jaki okazał się wynik ?

Moim zdaniem, wyszło miernie. Ubrania z pozoru „Limowskie” są raczej przeciętne. Proste i klasyczne kroje spodni, marynarek i sukienek utrzymane w bieli, czerni i granacie, z dodatkiem mocnego koloru i znanego motywu kwiatów. Niby wszystko trzyma się całości, ale jest zbyt nudno jak na tak głośną współpracę.

Zastanawiam się, czy warto wydać te dodatkowe 20-30% tylko dla metki z nazwiskiem projektanta, przecież takie ubrania można znaleźć w regularnych sklepach. Zdarzają się też niektóre rzeczy, które na blogosferze uchodzą już za kultowe, szkoda tylko, że zamiast je przekształcić w ramach kolaboracji, zostały skopiowane, a jakość Target sprawia, że ubrania nie prezentują się tak dobrze jak oryginalne rzeczy, które stworzył Phillip Lim.
Najbardziej zawiodłam się na dodatkach. Zamiast czegoś unikalnego w limitowanej kolekcji, widzę zaledwie „inspiracyjne” kształty, które w chińskich sklepach online można było dostać już rok temu.

Autor: Tina