Dzieciństwo to taki czasowy zalążek dla wielu niewinnie wyglądających jeszcze wtedy rzeczy. To chyba najistotniejsza, osobista cezura, tyle że mocno zależna. I kształtowana. Przez wszystkich, oprócz ciebie, czyli potencjalnego kogoś, kto ma do niej najważniejsze i jedyne prawa.

Tam, w tym dzieciństwie, gdzieś w trakcie, rodzi się to piękno. Właściwe. Nieważne, kto teraz nim zarządza, kto wypycha ulepszoną jego, podreperowaną jakość w całej tej labilnej konsumpcyjności. Dziś to nieludzki marketing i bardzo ludzka ciekawość i możliwość szybkiej adaptacji w świecie nie do przyjęcia. Ale kiedyś od twojego piękna byli tylko twoi rodzice, i to wystarczało w świecie, zawężonym tylko do nich.

Kształtowanie piękna przez pryzmat nas samych albo raczej przez nasz osobisty pryzmat, personalne okienko na świat, zaczyna się daleko, daleko wstecz. Gdzieś w pobliżu dzieciństwa. Piękno tego beztroskiego w swej definicji wyrazu jest bardzo szerokie, paradoksalnie dzięki zawężonemu dziecięcemu pojmowaniu wszystkiego. Nagle piękno wyłania się z rzeczy banalnej, fascynacja goni fascynację, zachwyt nad drobnostkowością i praktycznością tego świata. Codzienność w wymiarze magicznym.

Oglądając takie sesje, jak choćby tę najnowszą Dolce & Gabbana dla dzieciaków, uderzają przede wszystkim dwie rzeczy: wielowymiarowość dzieciństwa zależnego od statusu rodziców i kreowanie dzieci na mini modeli, zaszczepiając w nich swoje kompleksy i potrzeby oraz poczucie szczęścia zależne od wyglądu i jakości.

Sesji nie można odebrać urokliwości, pytanie, czy to jest właśnie to, czego maluchy potrzebują. Piękno dziecięce chyba tkwi właśnie w podartych ogrodniczkach i wielkiej wacie cukrowej, której połowa zawartości tkwi na beztroskiej, nowej koszulce. Ale takie sesje są również dobrym zalążkiem do dyskusji.

Autor: A.S.