Dzień 8. i 9. New York Fashion Week jak na finał przystało odbył się z wieloma zwrotami akcji i niespodziewanych wydarzeń.
Amerykański sweet heart – Oscar de la Renta przełamuje swój image eleganckiego i uporządkowanego projektanta, dzięki pomocy mistrza dramatyzmu w osobie John Galliano. Pomoc Galliano przy kolekcji nie jest oficjalnie potwierdzona, jednak na wybiegach możemy zobaczyć duży wpływ jego estetyki. Oscar de la Renta pokazał jak zwykle elegancką, wytworną kolekcję z charakterystycznymi dla brytyjskiego skandalisty drapowanymi dekoltami i kloszami przy pasie. Było coś z klasycznych sylwetek sukni balowych Dior i nostalgicznych paryskich klimatów na wybiegu, co bardzo przypominało dzieła Galliano.

Brandon Sun pracował u takich legend jak Oscar de la Renta i J. Medel, tam nauczył się kunsztu perfekcyjnej konstrukcji ubrań. Jego kolekcja to połączenie klasyki J.Mendel i elegancji de la Renta w czarno-białych kolorach. Pomimo że taka estetyka pokazywana jest przez wielu innych projektantów, Sun udało się wprowadzić do tego stylu swój charakter. Ubrania nie są przełomowe czy kontrowersyjne, ale na pewno warte obserwacji.


Wielki zawód sprawili mi Proenza Schouler, u których lubiłam młodzieńczą atmosferę, szaleństwo wzorów, kolorów, kształtów i fasonów. Ich eksperymenty modowe były innowacyjne i odnosiły sukces nie tylko w świecie high fashion i edytoriali, ale też na ulicach. Niestety, w tym sezonie eksperyment z dojrzalszym stylem i awangardowym minimalizmem nie wyszedł im na dobre. Kolekcja przypomina archiwa Balenciaga i Celine.


Michael Kors dobrze zrobił, że zrezygnował z Project Runway, ten czas prawdopodobnie przeznaczył na projektowanie swojej kolekcji, która moim zdaniem jest jedną z jego najlepszych. Nowoczesna, kolorowa, pełna energii może śmiało nosić miano legendy amerykańskiej mody. Kors idealnie udało się uchwycić atmosferę nowojorskiej mody, zharmonizować topowe elementy street style i elegant sportwear.


Największą wpadkę podczas New York Fashion Week pozwoliłam sobie zostawić na koniec. Nigdy nie byłam fanką Marc Jacobs, doceniam piękno niektórych jego kolekcji, ale większość z nich jest dla mnie zwyczajnie za „pstrokata”. Tym razem kolekcja zawierała cekinowe i satynowe piżamy (nawet hardcorowe blogerki już nie pokazują się w piżamowych outfitach), nudne nijakie płaszcze, obrzydliwie skonstruowane garnitury i hot shorts, których nie nosi już nawet Lady Gaga.


Autor: Tina