Recenzję limitowanej kolekcji Isabel Marant dla H&M chciałam odłożyć na jak najpóźniej. Nie lubię pisać negatywnych recenzji o tym, co lubię i szanuję. W tym przypadku uważam Isabel Marant, jak i H&M, za wpływowe się marki (chociaż z zupełnie różnych powodów) i z bólem serca muszę powiedzieć, że ich najnowsza wspólna kolekcja to żart.

Pisałam wcześniej o tym, które marki high fashion powinny, a które nie powinny rozpocząć kolaborację z sieciówkami. Isabel Marant przydzieliłam do tej drugiej kategorii. Jednak gdy zapadła decyzja o podjęciu współpracy z H&M, pomyślałam, że mogę się mylić i czekałam cierpliwie pięć miesięcy na rezultat. Niestety, zawiodłam się na całej linii.

Zacznijmy od tego, że po obejrzeniu zdjęć, pierwsza myśl, jaka zagościłą w mojej głowie, to stwierdzenie, że guru francuskiego Chic nie miała najmniejszego wkładu w kolekcję. Ubrania rzeczywiście przypominały styl Marant, ale to widać od dwóch lat w każdym sklepie sieciówkowym.

Zaprezentowane spodnie rurki, które zapewne różnią się tylko składem materiału od tych z Mango, sama mam w szafie. Żakiet z „tribal” ornamentami, biały t-shirt i marynarka oversize, są wtórne i dostępne od kilku sezonów. Akcesoria też nie robią wrażenia. Buty z frędzlami, szpilki z dżetami oraz srebrna biżuteria !
Nie zrozumcie mnie źle, kolekcja jest jak najbardziej „chic”, łatwa do noszenia i z pewnością sprzeda się jak świeże bułeczki (w przeciwieństwie do dziwactw Margiela), ale spodziewałam się czegoś więcej niż kolejnej „imitacji” stylu Marant.

Autor: Tina