Podczas wyprzedaży natrafiłam na parę niebieskich sandałków Pierre Hardy. Miały one dwie duże klamry, rzucający się w oczy kolor i dodatkowe 15 cm, czyli cechy, które powinny posiadać idealne dla mnie buty. Niestety, przed zakupem nie zostałam poinformowana o niebezpiecznym charakterze obuwia. Po całodniowym czekaniu na pokazy podczas Fashion Philosophy Week i zmaganiach przy utrzymywaniu równowagi na łódzkich kamiennych drogach, moje stopy zostały brutalnie zmaltretowane. Spuchnięcia i bąble były niczym w porównaniu z moim krwawiącym palcem. Czy to zdarzenie mnie czegoś nauczyło ? To zależy, teraz już wiem przynajmniej, że nie wychodzi się z domu bez mini apteczki pierwszej pomocy. Nadal jednak będę nosić moje niebotycznie wysokie i jakże niewygodne buty. Pytacie, dlaczego ? Już tłumaczę.
Jak pewnie większość osób do świata mody przyciągnęła mnie moja odmienność. Kiedy koleżanki wymieniały się karteczkami i naklejkami, ja zbierałam guziki i skrawki dla lalek. Z lekcji WF zrywałam się, by w Empiku przeglądać włoskie wydanie Vogue, marząc, by pewnego dnia stać się częścią tego świata, gdzie piękno może wyglądać dziwaczne, a słowo „sexy” oznacza wytworność.

Zasady podpatrzone przeze mnie w Vogue nie przystawały jednak do realnego świata, gdzie nauczano nas i wpajano utrzymywanie normy. Przyznajmy się, nikt nie założyłby metalicznej ramoneski na rozmowę kwalifikacyjną, czy jak Macademia Girl prześwitującej bluzki na uczelnię. Z czasem zrozumiałam, że ciężka praca, determinacja zaprowadzą mnie dalej niż posiadanie oversizowych spodni Margiela. Nie wiem jak wy, ale połowa mojej garderoby jest zapełniona Basic’ami – swetry, jeansy i t-shirty, bez szaleństw, bo wiem, że te rzeczy będą na tyle uniwersalne, bym mogła wszędzie się w nich pojawić (no, może również przez to, że lubię sobie pospać dodatkowe 10-30 minut).

Pozostała połowa mojej szafy to rzeczy, które kolekcjonuję ze względu na ich oryginalność. Okazji, by je założyć jest tak niewiele, że kiedy nadchodzi fashion week staram się pokazać wszystkie swoje perełki, łącząc je ze sobą, nie zawsze w pasujący sposób. Jestem pewna, że wiele osób się ze mną zgodzi, fashion week to czas eksperymentowania z ekstrawaganckimi kreacjami, szczególnie kiedy jesteśmy otoczeni pięknym, idealnym światem wykreowanym przez projektantów.

Każda historia ma wiele stron, należy w tym miejscu wspomnieć o tych niewymuszonych ludziach, leniwie pozujących przed kamerami (na przykład Scott Schuman) w swoich „znoszonych” spodniach z neonowymi teczkami. Nie zapominajmy też o tych, którzy wykupują wejściówki VIP po to tylko, by paradować w nowiutkich Louboutins, z ptakiem na głowie, mając nadzieję na miano następczyni Anny Dello Russo. Są i tacy, którzy wszelkimi sposobami chcą przynależeć do tego świata, nawet gdy oznacza to podrabianie lub używanie plakietek z zeszłego sezonu (autentyczne historie !).

Oczywiście, uważam, że blogosfera zrewolucjonizowała przemysł mody, a czołowe blogerki takie jak Dorota Wróblewska czy Harel zasłużyły na pierwszy rząd i darmowe ubrania, chociażby dlatego, że zapracowały sobie na to latami doświadczenia w branży. Podczas kiedy osóbki takie jak Jessica (Jemerced), Karolina (Charlize Mystery) czy uwielbiana Kasia Tusk (Make Life Easier) są czczone jako ikony mody jedynie dzięki swojej szczupłej figurze i modnym ubraniom.

Prawda jest taka, że kiedy pozwalamy sobie na małe szaleństwo podczas fashion week wielu stawia na totalny odlot, by wyróżnić się z tłumu, co z mojego doświadczenia nie sprawia, że stajesz się ważniejszy czy bardziej znany (możesz być ewentualnie zmarznięty, jak większość uczestników ostatniego FPW, którzy mocno trzymali się odkrytych stóp i gołych nóg pomimo śnieżycy).

Wracając do moich butów, jestem pewna, że wyglądałam komicznie, kulejąc po namiocie Fashion Philosophy. Jednak nie żałuje tej decyzji (może trochę, jak zakrwawiłam wkład sandałków), pomimo że nie zostałam zauważona czy sfotografowana. Dotrwałam w nich do końca dnia i założyłam je również następnego, ponieważ sprawiały, że poczułam się jak część świata fantazji, o którym marzyłam w dzieciństwie. A dwa razy w roku jestem w stanie przeboleć swoje, oddając się zwariowanym i niewygodnym butom i szalonym kreacjom.

Autor: Tina