Poznałyśmy się przez internet. W mailach Ania sprawiała wrażenie wygadanej, w rzeczywistości udawała skromną i płochliwą. Zdziwiło mnie, że niczym się nie wyróżniała. Zwykłe jeansy z tandetnym brokatem, sweter, torebka i reklamówka. Włosy półdługie, koloru błota przy Kanałku Żerańskim.
Piłyśmy latte, Ania opowiadała jak stała się Anią. O tym jak przyjęli to w pracy, itd.
W pewnym momencie użyłam słowa kutas, natychmiast zostałam zganiona. „Jesteś kobietami, my nie używamy słowa kutas.” Szok, absmak. O co tej suce chodzi? - pomyślałam, przecież to niewinny wulgaryzm mający swoją genealogię w osiemnastym wieku, gdzie znaczył tyle co frędzel, wisior.
Żeby ukryć swoją męską barwę głosu Ania mówiła piskliwie, miejscami skrzeczała. Nie taką chciałam być, nie tak myśleć, wyglądać. Dziś mam wrażenie, że właśnie wtedy dostałam swojego pierwszego, psychicznego okresu.
Ten ból brzucha i głowy, który nasilał się z każdą opowiadaną przez nią historią. Swoje apogeum osiągnął podczas historii o psie.

Miałam trzynaście lat. Nie poszłam do szkoły, siedziałam w domku i myślałam jak to jest, że mam penisa i dlaczego go nie lubię. Nagle usłyszałam zza oknem przeraźliwy pisk, wyszłam na balkon, a mieszkałam na ósmy piętrze i zobaczyłam psa potrąconego przez samochód, który czołgał się do pasa zieleni.
Zbiegłam na doł, chciałam mu pomóc, wyciągnęłam dłonie, ale pies był w szoku i ugryzł mnie. Na parterze w mojej klatce mieszkała nauczycielka geografii, zapukałam do niej, opowiedziałam co się stało. Wezwano straż pożarną, pies nadawał się do uśpienia, uratowało go to, że mnie ugryzł - zostawiono go na obserwację. Udało mi się namówić rodziców, żebyśmy go przygarnęli. Przez dwa miesiące wyglądał jak walizka, był cały zagipsowany. Okazał się wiernym, wspaniałym psem. Domownikom okazywał miłość, obcych pojawiających się w domu próbował zagryźć. Dlatego na czas wizyt gości zamykaliśmy go w łazience...ble, ble, ble...
Historie opowiadała ponad dwadzieścia minut. Było w niej mnóstwo szczegółów, których nie pamiętałam.
Pod koniec przyszedł czas na konkluzje, morał!
I wiesz, wydało się...
Co? W końcu coś! Pies był wściekły? Zagryzł pół rodziny, a impulsem był pisk opon zza oknem?
A może to wcale nie był pies, tylko suka, która miała podobny problem do ciebie? Nie akceptowała swojej płci i podwijała ogon miedzy łapy, tak aby imitował członka.
I wiesz, wydało się... że byłam na wagarach.
O mój Boże, to na to czekałam dwadzieścia minut. Krowo masz ponad trzydzieści lat, nikt już z tego powodu nie postawi ci pały z zachowania.

Po tym spotkaniu przestałam szukać Mistrza Trans. Otworzyłam się, moja kobiecość wyszła na zewnątrz by prężyć się w pełnym słońcu.
Oczywiście kilka pierwszych sukienek było porażką, nie wiem dlaczego tak fascynował mnie klimat włoskich kurew lat osiemdziesiątych...ale to już inna historia...