Młody mężczyzna nie skończył żadnej szkoły. Wykonuje ciężką prace, nie narzeka, sam zdecydował się na taki los. Po kilku latach czuje się pewnie. Zna się na tym, co robi. Po kolejnych ludzie zaczynają nazywać go fachowcem. Już nie żałuje, że nie skończył szkoły. Wręcz przeciwnie, cieszy się z zaoszczędzonego czasu. Gdyby się uczył, nie byłby teraz tym, kim jest. W jego rodzinnym domu też myślą o nim jak o fachowcu i choć niczego tam nie naprawia, maska z pracy zostaje po pracy. Pytają go o różne sprawy, są ciekawi jego opinii. Mimo, że nie zna się na wszystkim odpowiada jak fachowiec, bo chce spełnić oczekiwania.

Kiedy spotykamy człowieka w masce, czujemy się bezpiecznie. Wiemy, z kim mamy do czynienia. Trajkotka, lekkoduch, rozlazła klucha... I stało się, dołączyłam do Naszej Klasy. Rafalala1, Rafalala2 i trzy było zajęte. Zostałam Rafalala26! Oglądam zdjęcia starych znajomych, odnajduję klasy (a byłam aż w trzech liceach). Niektóre brzydkie dziewczyny się wyrobiły, inni się roztyli, kilka osób wygląda identycznie jak w liceum. W profilach królują zdjęcia: ja, ja z chłopakiem, ja z dzieckiem, ja na wakacjach, ja na imprezie. Co każe wnioskować jestem szczęśliwa, mam męża, dziecko, jeżdżę na wakacje i doskonale się bawię. Jednym słowem pic na wodę, fotomontaż. Kolejna maska. Internet sprzyja maskom. Dodatkowo, ludzie wymyślają nazwy tych masek, nicki. Jakiś facet staję się ogierem_wawa2. Nie ważne, że z wyglądu bardziej przypomina słonia. Z czyjeś galerii wynika, że intensywnie podróżuje. Uważny obserwator zauważy, że zdjęcia pochodzą z jednej wycieczki. Być może jej autor, do tej pory spłaca za nią raty.

Jak odróżnić pozytywną autokrację od rażącej fałszem maski? Selekcjonujemy zdjęcia, pokazujemy te, na których dobrze wyszliśmy. I słusznie, po co straszyć innych doprowadzając ich do wytrzeszczu. A co, jeśli korygujemy je w fotoszopie? I z wypiekamy na twarzy czytamy komentarze typu: Wypiękniałaś! W szkole byłaś kaczuszką, teraz jesteś łabędziem. Nie jeździmy na klasowe spędy, bo z łabędzia w oczach kolegów, zostałby tylko duży kuper. Gdzie jest granica?

Jakiś czas temu, przypadkiem wpadłam na starą znajomą. Wzięłam ze sobą wcześniej zaznaczone artykuły, książkę i wybrałam się na obiad. Czekającą na zamówione danie zauważyła mnie Joasia. Przyszła sama i zaproponowała, że się dosiądzie. Nie wypadało odmówić, posłałam tylko moje lekturze smutne spojrzenie. Żułam, piłam, słuchałam. Każdy wątek, jaki poruszyła dotyczył tego, jaka czuje się spełniona i przepełniona radością. Dziwnie słuchało się o tej radości. Mówiła poważnym tonem i równie dobrze, mogła w taki sposób zdawać relację z wojny w Afganistanie.

Zapytała, co u mnie? Przez chwilę chciałam powiedzieć, że wszystko okej i poszukać tych radosnych momentów u siebie. Jednak odpowiedziałam inaczej. Czuje się samotna. Nie dlatego, że nie ma koło mnie ludzi. Czuje się samotna, ponieważ po raz pierwszy w życiu nie potrafię przekazać tego co dzieje się w mojej głowie i sercu. Trudno mi opisać wewnętrzny bałagan. Jestem z nim sama. To tak, jakbym spoglądała na kartkę zapisaną maczkiem. Wiem, które poszczególne litery tworzą słowo klucz. Nie umiem jednak rozszyfrować tego dla innych.

Ostatnio polubiłam operę. Może zabrzmi to tandetnie, ale przynosi mi ulgę. Słuchając na przykład „Mon coeur s’ouvre a ta Voit” z Samson et Dalila odnoszę wrażenie, że ta pieśń ma ten sam kolor, jaki mam w środku. Nie jestem szczęśliwa, ale czy człowiek musi być cały czas szczęśliwy? Czy to jest gwarancją spokoju?

Zdjęłam maskę, dokończyłyśmy obiad w milczeniu. Kiedy wracałam do domu, po raz pierwszy od dawna poczułam słońce na wewnętrznej stronie twarzy.

Maria Callas "Mon coeur s'ouvre a ta voix" - video