Istnieje gatunek ludzi, od których trzeba trzymać się jak najdalej. Na pierwszy rzut oka wydają się bezpieczni i o ironio (!) bezradni, lecz z upływem czasu podana do nich dłoń robi się coraz chudsza, a wraz z nią właściciel.

Monikę poznałam, kiedy straciła pracę w agencji reklamowej. Była na zakręcie, martwiła się o mieszkanie, o pieniądze na życie itd. Swój lęk wyrażała długimi, smutnymi monologami i łzami. Pocieszałam ją przy coca-coli z lodem. I choć wtedy jeszcze dobrze jej nie znałam, dałam się wciągnąć w świat samoumartwiania.

Poza rozbijaniem każdego problemu na miazgę, miała poczucie humoru. Była inteligentna i jak przystało na copywritera, pełna fantazyjnych pomysłów. A to, że akurat spotkałam ją w trudnym momencie to przypadek i za chwilę będzie sobą, optymistką, której nie znam.

Monika szybko zdobyła inną pracę, w jeszcze lepszej agencji. Zakochała się tam w pewnym dyrektorze i to był kolejny powód jej bolączek. Słuchałam o miłosnych perypetiach z coraz mniejszym zaangażowaniem, ale nadal dawałam złote rady i wypijałam hektolitry kawy na spotkaniach. Biurowy romans rozszedł się po kościach, Monika szczęśliwie zakochała się ponownie. Brakowało tylko białych gołębi, tęczy i skocznej muzyczki w tle. Niestety, nie brakowało jej marudzenia. Nie wiem dlaczego nadal się z nią spotykałam? Czyżby moja wiara w ludzi była aż tak silna?

Następnym powodem do narzekań stały się piersi. - Czy ty wiesz, że jak ostatnio byłam na basenie, to przebierająca się obok mnie dwunastolatka miała większe piersi ode mnie?! Jestem przekonana, że na tej ulicy w tym momencie mam najmniejsze piersi. Potem następował długi wywód na temat operacji plastycznych.

To była nasza ostania kawa. Monika mówiła, mówiła, mówiła... Kiedy ja zaczynałam opowiadać coś o sobie, zamyślała się, miała nieobecny wzrok. Po czym w połowie zdania przerywała mi i rzucała: - Zapomniała ci opowiedzieć, przypomniało mi się, że... Wyjęłam komórkę przeczytałam nieistniejącego smsa, po czym powiedziałam, że muszę lecieć. Złapała mnie za dłoń. Poczekaj, wypalę tylko papierosa. Zapaliła go i już na przyspieszonych obrotach nawijała o silikonowych wkładkach, które trzeba wymienić co dziesięć lat. Szłam na kawę wściekła, pokłóciłam się z Michałem i miałam ogromną ochotę urwać mu jaja. Lecz po co robić to realnie, skoro można wykastrować go słownie w rozmowie z koleżanką. Niestety nie miałam ku temu okazji. Monika wręcz wzmogła we mnie chęć nie tylko usuwania jąder, ale też języków. Ten ostatni papieros dłużył mi się jak film "Fanny i Aleksander" Bergmana. A oglądałam sześciogodzinną wersje reżyserską. Monika zgasiła papierosa, ja zgasiłam Monikę.

Czy była wampirem? A jeśli tak, czy świadomym tego, że wysysa z ludzi energię? Czy domyślała się, że po spotkaniach z nią czułam się jak wydojona krowa? Z oklapniętymi, piekącymi wymionami (czytaj: uszami)?. Czy byłam pierwsza? A jeśli nie, to ile osób przede mną wyssała?

Skąd biorą się tacy ludzie? Ojciec Moniki był karłem. Opowiadała mi, że przez długi okres w swoim życiu wstydziła się go. Może dlatego miała tak minimalną wiarę w siebie? Rówieśnicy, którzy drwili z małego wzrostu ojca, przyzwyczaili ją do roli ofiary. W późniejszym życiu powiela schemat z młodości i w rozmowie z kimś innym widziała się tylko jako pokrzywdzona i szukająca wsparcia...?

Nie wiem. Nie jestem psychologiem. Wiem za to, że Monika wyjechała do Indii szukać swojej duchowości. Jakaż to sztampa! Czekam tylko jak w wiadomościach pokażą zasuszonych hindusów z wytrzeszczonymi oczami, podpisanych jako ofiary tajemniczego wirusa. Dzięki Bogu, ja uciekłam spod kłów!