Czasami, jak każda kobieta, czuję się mało kobieco. Tak było dzisiejszego ranka, kiedy spojrzałam w lustro, w którym odbijała się cała moja sylwetka. Zaczesałam włosy w kok, posmarowałam nogi i jądra balsamem, nałożyłam przewiewną sukienkę, zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłam na miasto.

Dzień był upalny - czułam się jak obcas uwięziony w roztapiającym się asfalcie. Postanowiłam zbojkotować wszystkie moje obowiązki i wybrać się na basen. Najbliższy jest na Inflanckiej. Wielka pompowana kula wypełniona chlorem. Po trzydziestu minutach występuje uczucie duszności i widzi się wszystko za mgłą. Właśnie tam postanowiłam się chłodzić. Pływałam żabką i czytałam bannery reklamowe rozwieszone po bokach pływalni. „Świąd nóg?”, „Innowacja w walce z grzybicą stóp!”, „Zatapiamy ceny”, „Nie odpływaj w samotność”. Poczułam, jakby zaczął występować u mnie "efekt basenu Inaflancka" - zjechałam jeszcze kilka razy ruro-zjeżdżalnią i ruszyłam dalej.

Fakt, że mam w sobie dwie płcie, zawsze wykorzystywałam do małych udogodnień. Omijałam na przykład gigantyczną kolejkę do damskiej toalety, kierując się w stronę wyludnionej męskiej. Oczywiście gdyby przyszła wojna, wolałabym być pielęgniarką niż żołnierzem. Jedyne ustępstwo, na jakie mogła bym się zdobyć, to serwowanie rannym wrogom pawulonu z dużej strzykawy. Przeglądając sukienki w Zarze, znalazłam idealnie pasującą do morderczej pielęgniarki. Zobaczywszy smętny ogonek do damskiej przymierzalni, skierowałam się w stronę męskiej. I tu po raz pierwszy napotkał mnie opór. - Przykro mi, ale nie może Pani tutaj przymierzyć tej sukienki. - Dlaczego? - Proszę do damskiej przymierzalni. - Ale tam jest kolejka. - To jest przymierzalnia tylko dla mężczyzn. Nie chciałam wytaczać armaty argumentów, wzięłam sukienkę pod pachę i stanęłam na końcu łańcuszka.

W okresie mutacji, często mylono mnie przez telefon z babcią. Zresztą, był to czas, kiedy uwielbiałam wydzwaniać z przyjaciółmi po ludziach i robić im niewybredne żarty. Ulubioną postacią do odgrywania była Pani Halinka z administracji. Pouczała ona rozwydrzonych lokatorów jak mieszkać w bloku. Prosiła o pozostanie w domu i czekanie na wymianę podłóg i sufitów.

Wydrukowany numerek na poczcie poinformował mnie, że przede mną czeka jeszcze w kolejce pięć tysięcy osób. Wyszłam na ławkę przed, kupiłam sok i wystawiłam kopytka do smażenia na słońcu. Dosiadł się rowerzysta, który co rusz spoglądał na mnie i pomrukiwał. W końcu wydusił z siebie - Czy my się nie znamy? Od razu przypomniała mi się reklama, w której dziewczyna odpowiada, że ze spływu. - Tak, znamy się. Z tej ławki. Roześmialiśmy się. Skomplementował moje nogi, a ja jego, bo od pedałowania miał ładnie umięśnione. Wróciłam do mojej kolejki, pouczałam się znów kobieco.

Dzięki mężczyznom dostrzegamy swoje uroki. Spojrzenie, za którym kryje się pożądanie, jest jak szklanka wody z lodem w upalny dzień. To takie proste. Jak mogła o tym zapomnieć?!