psikus

w prima aprilis
ojciec kupił trąbę
przyłożył ją do ucha śpiącej córki
wziął głęboki oddech
i dostał wylewu

córka obudziła się wystraszona
od tamtej pory
wygląda jakby była na lewą stronę
matka często ją straszy
żeby przekręciła się z powrotem

nieskutecznie

rok później w prima aprilis
ojciec zaczął poruszać
prawą stroną twarzy
uśmiechnął się połowicznie
żona roześmiała się na głos po raz pierwszy od roku

Kobieta nazwała córkę Radość

Radość była częstą przyczyną łez
Kiedy ssała pierś
Robiła to zachłannie i mocno
Kiedy bawiła się
Niszczyła najcenniejsze pamiątki

Radość rosła
Wraz z nią smutek kobiety
Wyzwiska złośliwości, huk zatrzaskiwanych drzwi
Stały się codziennością
Kobieta popadła w depresje
Bała się, że jeśli w jej życiu będzie tyle Radości zabije się

Któregoś dnia córka uderzyła matkę
Przy następnej okazji zrobiła to znów
Aż w końcu biła ją regularnie
Matka nie wychodziła z domu
Wstydziła się śladów, jakie zostawiała na jej ciele Radość
W nocy odkręcała i zakręcała gaz
Pakowała i rozpakowywała walizkę
Córka odkrywszy plany matki
Zamknęła ją w ciemnym pokoju

Kobieta zestarzała się w ciągu kilku miesięcy
Umarła pospiesznie
Wiedziała, że Radość jest w ciąży
Planowała nazwać dziecko Szczęście

(fragment z monodramu)

Dwudziesty ósmy, pierwszy, dziesiąty… najważniejsze dni miesiąca.
Wtedy nakładała swoją szczęśliwą sukienkę, odsłaniając szczęście dla mężczyzn. Kręciła włosy lokówką, używała perfum.

28 - robotnicy z pobliskiej huty
1 - faceci z biur
10 - renciści

Nazywałyśmy te dni dniami gotówki.

Podstawowy błąd facetów to bar na stacji, póki żona nie przeliczy pieniędzy. Zawsze znajdowali dodatkowy grosz na własną przyjemność, więc po wypłacie, zamiast do domu, wstępowali tam.

Nie sposób było jej nie zauważyć. W barze było mało kobiet, a takich jak ona w ogóle. Zalotna, ładna, roześmiana, chętna. Nie odmówiła, kiedy postawiłeś jej kieliszek wódki. Piwa nie lubi.

„Mam lepszy pomysł” – tak zaczynała. „Po co mamy tu przepłacać, skoro mieszkam dwa kroki stąd. Zapraszam, zahaczymy tylko o sklep…”

W sklepie kupowali wódkę i zagrychę. „Coś na zagrychę” w jej rozumieniu to: kiełbasa, chleb, musztarda, mąka, makaron, kasza, mleko, jabłka… Ona wymieniała towary, a kasjerka układała je na ladzie. On się nie wycofywał, głupio mu było nagle uciec sprzed kasy. Ona mówiła: „kotku, kochanie”.
Płacił.

W domu byliśmy my. Bawiliśmy się. Trzaskaliśmy drzwiami, chowaliśmy się pod łóżko. Pili, jedli, mieli świetny humor. „Wujku, daj na czekoladę”. Wujek dawał. „No co ty, to chyba na czekoladę dla krasnala” - śmiała się ona.
Wujek wyjmował banknoty, był hojny. Pijanego odprawiała do domu taksówką. Tam czekała wściekła żona. Przeszukiwała portfel. ”Gdzie byłeś?! Za co będziemy żyć cały miesiąc?!”. Przy kolejnych wypłatach, nie pojawiał się w barze przy stacji.

Stoję przed lustrem, przymierzam jej szczęśliwą sukienkę, chcę być tak piękna jak moja mama.